Dostęp Otwarty

Wielka interna

Rewelacja i rewolucja

O krętych drogach do sukcesu i wierze, która dodaje siły, z prof. dr. hab. med. Zbigniewem Hrubym, ordynatorem Oddziału Nefrologicznego z Pododdziałem Diabetologicznym i Transplantacyjnym w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym we Wrocławiu, rozmawia Olga Tymanowska

Small 10a opt

prof. dr. hab. med. Zbigniew Hruby

MT: W tym roku został pan odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Nefrologia, która była przypadkowym wyborem, okazała się drogą na sam szczyt.


Prof. Zbigniew Hruby:
Nigdy bym nie przypuszczał, że tak potoczą się moje losy. Rzeczywiście w moim życiu było wiele przypadków i zrządzeń, a moja droga zawodowa była dość kręta i wyboista. Skończyłem medycynę w 1979 roku na wrocławskiej uczelni. Zupełnie inny świat. Żeby to w pełni zrozumieć, trzeba przypomnieć sobie warunki psychosocjologiczne, jakie wtedy panowały. Mieliśmy dość ograniczony dostęp do piśmiennictwa, kongresy światowe były dla nas trudno dostępne. Brakowało pieniędzy na naukę, co w znacznym stopniu ograniczało nasze działania. Jednak to były czasy bez rozbudowanej biurokracji, z większym zaufaniem do zawodu lekarza. Przekonałem się o tym jeszcze na stażu we wrocławskim ZOZ Fabryczna.

Bardzo miło wspominam te czasy. Kierownikiem przychodni był stary lekarz, który przez cały rok jeździł na rowerze do pacjentów na wizyty domowe. Pamiętam, że kiedyś przyszło mi zająć się jego pacjentką, starszą panią. Lekarz ten prowadził dokumentację medyczną dość niestarannie i gdy otworzyłem kartę, żeby sprawdzić historię choroby, przeczytałem: „Kaszlała i kaszle”. Dodam, że doktor był fantastycznym diagnostą i pacjentom okazywał ogrom serca i cierpliwości.

Był to ośrodek, który nie miał aspiracji naukowych. Zastanawiałem się, co dalej robić, bo na stażu nie rozpocząłem żadnych działań w kierunku mojej przyszłej kariery naukowej. Wtedy jeszcze nie myślałem o nefrologii, ale raczej o intensywnej terapii lub anestezjologii. Rozważałem też kardiologię. Przypadek zrządził, że u prof. Szewczyka, mojego przyszłego szefa, było miejsce na studiach doktoranckich w Klinice Nefrologii AM we Wrocławiu. Zgodziłem się, choć nie od razu zapałałem miłością do nefrologii. Na początku byłem bardzo rozczarowany. Dopiero z czasem, gdy zacząłem rozwijać się naukowo i zdobywałem kolejne szczeble kariery, rozbudziła się we mnie pasja nefrologiczna i dziś z tego zrządzenia losu jestem całkiem zadowolony.

Bardzo dużo zawdzięczam prof. Szewczykowi, który od początku stawiał przede mną ciekawe zadania. Pamiętam, jak polecił mi zajęcie się makrofagami, czyli komórkami krwi, które biorą udział w patogenezie kłębuszkowego zapalenia nerek. Zadanie nie było łatwe. Godzinami przesiadywałem w bibliotece, pochylony nad Index Medicus, opasłymi tomami ze wszystkimi publikacjami medycznymi. W 1983 roku obroniłem pracę doktorską. Rok później rozpoczęła się moja kariera międzynarodowa. Na Kongres Międzynarodowego Towarzystwa Nefrologicznego w Los Angeles wysłałem główne tezy mojej pracy doktorskiej. Ku mojemu zdziwieniu praca została przyjęta do wygłoszenia. I wtedy pojawił się problem finansowy, jak pojechać do Los Angeles. Trzeba pamiętać, że to były czasy głębokiej komuny. Trochę mi wtedy pomógł mój wuj, przez wiele lat mieszkający w USA. Dał mi kontakt do attaché kulturalnego ambasady amerykańskiej, do którego się zwróciłem z prośbą o stypendium umożliwiające mi uczestnictwo w zjeździe.


MT: Stypendium umożliwiało nie tylko udział w kongresie, ale też podróż przez Stany i odwiedzenie wybranych ośrodków nefrologicznych.


Z.H.:
Do USA wyjeżdżałem z myślą, by gdzieś zostać na dłużej. Tym bardziej że wątek emigracyjny w mojej rodzinie przewijał się od dawna. Moja mama, jeszcze gdy byłem dzieckiem, rozważała przeniesienie się na stałe do USA. I ja też o tym myślałem. Pisałem dziesiątki listów do osób z różnych wiodących ośrodków z całego świata, które miały zbliżone do moich zainteresowania naukowe. Odpowiedź dostałem od 30 naukowców. Większość z nich rozpoczynała się od słów: „No, I am sorry”. Kilka osób stawiało warunki: „I am interested, but…”. Najczęściej tym warunkiem były własne fundusze na badania. Tylko 10 osób obiecało rozważenie mojej propozycji. Wśród nich był prof. Robin Lowry z uniwersytetu McGill w Montrealu.

Wielka Interna

W tomie „Nefrologia” Wielkiej Interny napisałem rozdziały dotyczące podziału glomerulopatii oraz pierwotnego kłębuszkowego zapalenia nerek. Są one przeznaczone głównie dla nefrologów i transplantologów, choć wiedza ta z pewnością zainteresuje także lekarzy innych specjalności. Glomerulopatie zawsze leżały w kręgu moich zainteresowań. Stanowią one jedną z najczęstszych przyczyn przewlekłej niewydolności nerek. Rozpoznanie często stwarza trudności, a przecież jest ono podstawą włączenia prawidłowego leczenia. Chciałem zwrócić uwagę na konieczność stawiania diagnozy na podstawie rozpoznania histopatologicznego. Glomerulopatie, w zależności od wyniku biopsji nerki, różnią się co do rokowania, sposobu leczenia, a także możliwych powikłań terapii. Dlatego ustalenie typu histologicznego ma kluczowe znaczenie.

Natomiast drugi rozdział dotyczy pierwotnego kłębuszkowego zapalenia nerek, najczęstszej przyczyny niewydolności nerek. Jest to temat niezwykle istotny w moim życiorysie naukowym. W tym rozdziale lekarz znajdzie praktyczną wiedzę bazującą na standardach światowych. Uwzględniono algorytmy i zasady terapeutyczne, ważne zarówno dla specjalisty nefrologia, jak i lekarza POZ, który powinien umieć jak najszybciej rozpoznać tę chorobę i odpowiednio pokierować chorego do ośrodka specjalistycznego. Tylko ścisła współpraca między nefrologami, internistami i lekarzami POZ może przełożyć się na poprawę rokowania w tej grupie chorych.


MT: I właśnie on odegrał największą rolę w pana życiu.


Z.H.:
Przed moim przyjazdem do USA wymieniliśmy szereg listów. A spotkaliśmy się w rejestracji na zjeździe naukowym na kongresie w Los Angeles. Kolejka była bardzo długa. W pewnym momencie poczułem na sobie czyjś wzrok. „You must be Zbigniew Hruby” – padło stwierdzenie. Popatrzyłem na identyfikator i okazało się, że przede mną stoi Robin Lowry.

Kolejny raz spotkaliśmy się na uniwersytecie McGill w Montrealu. Dzięki jego staraniom uzyskałem stypendium naukowe i zostałem oddelegowany do pracy w Royal Victoria, szpitalu klinicznym Uniwersytetu McGill. Spędziłem tam dwa lata.

Ale z Robinem Lowrym w sumie najlepiej mi się nie współpracowało. Tym bardziej że po roku wyjechał do Kalifornii, a mnie zostawił samego. W podobnej sytuacji znalazł się też inny jego współpracownik, anatomopatolog Serge Jothy. To dzięki niemu udała mi się pierwsza publikacja w czasopiśmie o wysokim współczynniku Impact Factor – „Kidney International”. To był kluczowy moment w mojej karierze, który otworzył mi wiele drzwi. Byłem pierwszą osobą, która udowodniła wpływ TNF na rozwój kłębuszkowego zapalenia nerek.

W laboratorium McIntyre Medical Centre prowadziłem wiele ciekawych badań z użyciem czynników blokujących, między innymi PAF jako środka mediującego wspólnie z TNF kłębuszkowe zapalenie nerek. Udowodniłem, że podawanie czynnika blokującego niweluje objawy takie jak białkomocz. Badania były czasochłonne. Zwierzęta musiałem kontrolować kilka razy w nocy, regularnie pobierałem od nich mocz do badania. A czynniki, które miały krótką żywotność, musiałem podawać zwierzętom co kilka godzin, również w nocy. Przychodziłem tam codziennie przez 10 dni. To był okres dość dużej aktywności stowarzyszeń walczących o prawa zwierząt. Od czasu gdy włamali się do naszego laboratorium, otworzyli klatki, wejścia do laboratorium pilnował strażnik. Zastanawiałem się... Nawet trochę rozumiałem, że chcą przywrócić wolność zniewolonym zwierzętom. W klatkach były nie tylko szczury, ale też psy i małpy. Jednak z drugiej strony to, co robiliśmy, służyło nauce i postępowi, który przekładał się na pomoc chorym.

W trakcie staży wyjeżdżałem także na liczne zjazdy naukowe. Wyniki swoich badań prezentowałem na kongresie American Society of Nephrology na Florydzie. Nigdy nie zapomnę tego wyjazdu, ale nie z powodu stresu, jaki mi towarzyszył, gdy przemawiałem przed najważniejszymi nefrologami tego świata. Był listopad. W Kanadzie o tej porze roku jest już ostra zima. Samolot przed lotem musiał być odlodzony, w przeciwnym razie nie mógłby wystartować. I wtedy ktoś z pasażerów przypomniał, że niedawno miała miejsce katastrofa lotnicza. Samolot, który nie został dokładnie odlodzony, wzbił się w powietrze i spadł. Ta refleksja spowodowała zbiorową panikę. Ludzie wpadli w popłoch, zaczęli krzyczeć, niektórzy chcieli wysiadać. Mimo że nic się nie stało, ten lot zapamiętałem na długo.


MT: Po dwóch latach pracy w Montrealu wrócił pan do Polski.


Z.H.:
Zawsze myślałem o emigracji do USA lub Kanady. Jednak prawdę mówiąc, po tych dwóch latach bardzo mnie ciągnęło z powrotem do kraju. Czułem, że tutaj są moje korzenie. Ale po roku zdarzyło się coś, co zburzyło moje plany. Otrzymałem telefon z uniwersytetu McGill. Dzwonił Serge Jothy z propozycją od dziekana uniwersytetu. Chcieli, bym przyjął pracę na stanowisku associate professor na oddziale transplantacyjnym w Royal Victoria Hospital. Okazało się, że Robin Lowry zrezygnował z pracy i zwolnił się etat. To była dla mnie rewelacja i rewolucja. Byłem już żonaty, ale oboje z żoną zgodnie uznaliśmy, że takiej szansy nie można zmarnować. Zaplanowaliśmy, że najpierw polecę ja, a po kilku tygodniach dołączy do mnie żona. Przed wyjazdem trzeba było załatwić wiele rzeczy. O wizę do Kanady aplikowało się w Warszawie. O pozwolenie na wyjazd do Quebecu należało ubiegać się w Wiedniu. I gdy już właściwie wszystko było załatwione, a walizki były prawie spakowane, dostałem informację z Kanady, że sprawa jest nieaktualna. Okazało się, że prawo kanadyjskie pozwala na zatrudnienie obcokrajowca, dopiero gdy nie można znaleźć odpowiedniego kandydata w kraju. I uniwersytet musiał zatrudnić na to stanowisko kogoś, kto już u nich pracował.

Na szczęście nie zdążyłem jeszcze zrezygnować z pracy i nie zwolniłem etatu. Nadal pracowałem na uczelni. Cały czas wyjeżdżałem na staże. Podczas pobytu w Kanadzie poznałem Steve’a Holdswortha, z którym mieliśmy podobne zainteresowania naukowe. Dzięki jego wsparciu wyjechałem na staż do Australii, gdzie również pracowałem w laboratorium. Badałem rolę limfocytów T w rozwoju kłębuszkowego zapalenia nerek u szczurów. Później przez trzy miesiące pracowałem w Niemczech, gdzie łączyłem prace laboratoryjne z minimalną działalnością lekarską. Zajmowałem się głównie hodowlą komórek mezangialnych in vitro. Komórki kłębuszka nerkowego obserwowałem pod kątem wydzielania własnych czynników. Wykazałem, że komórki mezangialne są elementami autonomicznymi, które mogą w znacznym stopniu wywoływać efekt autoagresji. W wyniku stymulacji zapalnych mogą wydzielać cytokiny, które uszkadzają własną tkankę i powodują stan zapalny w obrębie kłębuszków nerkowych, a w efekcie kłębuszkowe zapalenia nerek. Wyniki moich badań opublikowałem w dobrych pismach naukowych.

Z czasem, gdy zdobyłem już pewną renomę w kręgach naukowych, byłem zapraszany na robocze spotkania ekspertów. Jedno z takich spotkań odbywało się w Lesie Wiedeńskim. Wszyscy zgromadzeni zajmowali się badaniem komórek mezangialnych. To była zamknięta impreza dla wąskiej grupy badaczy, którzy prezentowali swoje bieżące wyniki. Tam poznałem naukowca z Chorwacji, który pracował aktualnie w Leeds. To był okres wojny jugosłowiańskiej. – Latem zawsze wracam do ojczyzny. Biorę karabin i idę do okopów – wyznał mi kiedyś. Pamiętam, że następnego dnia przyniósł na salę obrad album „Serbskie okrucieństwa w Jugosławii”.

Szczególnie miło wspominam zjazd Australijsko-Nowozelandzkiego Towarzystwa Nefrologicznego w Tasmanii. Patrząc na bezkres oceanu, mieliśmy świadomość, że przed nami tylko biegun południowy.