Kontrowersje

Karetka jedzie, lekarz został w dyspozytorni

Katarzyna Nowosielska

Ambulanse specjalistyczne mogą zniknąć z ulic, do poszkodowanych będą jeździć pojazdy z ratownikiem i pielęgniarką na pokładzie.


Obniżenie standardów usług ratowniczych i większe obciążenie pacjentami szpitalnych oddziałów ratunkowych mogą być konsekwencją zmian, jakie szykuje w systemie ratownictwa medycznego rząd. Minister zdrowia zamierza zlikwidować ambulanse specjalistyczne z lekarzem i zastąpić je karetkami podstawowymi z ratownikami i pielęgniarką. Poza tym z ulic mają zniknąć pojazdy należące do prywatnych firm, bo pogotowia będą upaństwowione.

Takie zmiany przewiduje projekt noweli Ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, nad którą zakończyły się właśnie konsultacje społeczne. Minister zdrowia zniesienie wymogu obecności lekarza w karetkach specjalistycznych typu „S” uzasadnia w ten sposób, że to odpowiedź na problem niedostatecznej ilości lekarzy mających specjalizację z medycyny ratunkowej. Sami specjaliści nie zostawiają jednak na tym pomyśle suchej nitki. – Politycy tym sposobem zdestabilizują ratownictwo medyczne. Eliminacja lekarzy medycyny ratunkowej z działań w jednostkach organizacyjnych ratownictwa medycznego oraz z odpowiedzialności i nadzoru specjalistycznego nad personelem pracującym w karetkach zagraża bezpieczeństwu osób w stanach nagłego zagrożenia życia i zdrowia – tłumaczy prof. dr hab. med. Juliusz Jakubaszko, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej. Podkreśla, że cywilizowane kraje idą w zupełnie innym kierunku. – Np. m.in. w USA i Austrii systematycznie wzrasta obsada lekarska ambulansów ratunkowych. W Norwegii, jako w kolejnym kraju europejskim, wprowadzono właśnie podstawową specjalizację lekarzy w medycynie ratunkowej i nikt nie myśli o rezygnacji z ich usług w karetkach – zaznacza.

Braki kadrowe

Według danych NIL lekarzy ze specjalizacją w medycynie ratunkowej mamy 960. Konsultanci uważają, że to jest wystarczająca liczba do pełnienia dyżurów w karetkach, na oddziałach ratunkowych czy na stanowiskach koordynatora ratownictwa medycznego. – Przypadki zmniejszania ilości specjalistycznych zespołów w karetkach w niektórych województwach, np. świętokrzyskim, podyktowane są wyłącznie żenująco niskimi stawkami wynagrodzenia. Inna dyspozytornia w sąsiednim województwie oferuje stawki o ok. 60 proc. wyższe i nie ma żadnego problemu z obsadą kadrową – uważa lek. Paweł Podsiadło, konsultant w dziedzinie medycyny ratunkowej województwa świętokrzyskiego.

Pogotowia, które miały problemy ze znalezieniem do karetek lekarzy specjalistów z medycyny ratunkowej, korzystały z przejściowego rozwiązania, które dopuszczają przepisy. Ustawa o Państwowym Ratownictwie Medycznym zezwala, aby do 2020 roku w karetkach czy na szpitalnych oddziałach ratunkowych pracowały osoby posiadające specjalizację lub w trakcie robienia kursu z anestezjologii, chirurgii ogólnej, ortopedii czy interny. Albo w ogóle nie musiały mieć jeszcze specjalizacji, bo do zatrudnienia w pogotowiu wystarczało wylegitymować się doświadczeniem, czyli mieć 3 tys. przepracowanych godzin w karetce, izbie przyjęć czy na oddziale ratunkowym. – I to właśnie ta ostatnia grupa lekarzy bez specjalizacji nie ma motywacji, aby ją zrobić, skoro rządzący kilkakrotnie odsuwali im ten obowiązek w czasie. W ten sposób obniżali standardy ratownictwa – mówi prof. Juliusz Jakubaszko. Nie jest bowiem tajemnicą, że wynagrodzenie za ciężką pracę odbiega znacznie na niekorzyść od płac w innych specjalnościach, a dodatkowo pacjenci są roszczeniowi. – Jak tylko coś pójdzie nie tak, lekarz musi liczyć się z tym, że czeka go pozew ze strony chorego – tłumaczy prof. Jakubaszko. Poza tym dyżur w pogotowiu czy na SOR może trwać 24 godziny. – To jest zabójcze. Dyżur powinien trwać maksymalnie 12 godzin – mówi prof. Jakubaszko.

Lekarz u alkoholika

Dlatego z powodu braków lekarzy, według planów ministra zdrowia, karetki specjalistyczne „S” miałyby być sukcesywnie zastępowane karetkami podstawowymi typu „P”, gdzie jeżdżą ratownicy i pielęgniarka. Jeśli podczas akcji ratunkowej mieliby wątpliwości, mogliby się skontaktować z lekarzem zatrudnionym przez wojewodę w dyspozytorni medycznej. Lekarz otrzymałby wgląd do danych zbieranych w karetce i zapisywanych na bieżąco na tablecie załogi. Teraz w karetkach „P” jeżdżą zespoły dwuosobowe, czyli pielęgniarka i ratownik, który często pełni też rolę kierowcy.

Inna sprawa – szacuje się, że ok. 4-5 proc. karetek typu „S”, czyli z lekarzem na pokładzie, jest wzywanych niepotrzebnie. A utrzymanie jednego takiego ambulansu kosztuje pogotowie milion złotych rocznie.

– Zdarzało mi się wyjeżdżać do pacjenta w stanie upojenia alkoholowego. To niepotrzebne. Nie jest to jednak powód, aby rezygnować z karetek „S”. Jeśli bowiem w ambulansach zabraknie lekarzy, znacznie bardziej będą obciążone szpitalne oddziały ratunkowe – przewiduje dr n. med. Przemysław Guła z Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Podkreśla, że karetki z ratownikami będą częściej przywozić do szpitali pacjentów, którym na miejscu zdarzenia nie udzielono specjalistycznej pomocy. – A już dziś SOR-y są tak mocno obciążone, że generują długi – dodaje dr Guła.

Możliwe ustępstwa

Zgodnie z planami Ministerstwa Zdrowia ratownicy, którzy mieliby zastąpić lekarzy w karetkach, musieliby przejść dodatkowe kursy. Przeciwko rozszerzeniu kompetencji tej ostatniej grupy zawodowej protestują anestezjolodzy. Związek Zawodowy Anestezjologów wskazuje, że umożliwienie ratownikom podawania pacjentom leków zwiotczających i prowadzenia intubacji w sytuacjach innych niż nagłe zatrzymanie krążenia zwiększy liczbę zgonów w okresie przedszpitalnym.

Wobec takiego oporu i sprzeciwu niewykluczone, że urzędnicy Ministerstwa Zdrowia zweryfikują jednak swoje pomysły. Zaproponowano np. zamiast całkowitej likwidacji karetek specjalistycznych wdrożenie systemu randez-vous. Miałby on polegać na tym, że zespół podstawowy karetki „P” złożony z ratowników w określonych okolicznościach mógłby wezwać zespół „S” z lekarzem i pielęgniarką. Takie rozwiązanie dawałoby też większą pewność działania ratownikom medycznym. – To jest lepsze niż całkowita eliminacja karetek „S”. Wówczas lekarz, nawet w samochodzie osobowym, mógłby jeździć tylko do zdarzeń, w których rzeczywiście jego interwencja jest niezbędna – tłumaczy Ireneusz Szafraniec, rzecznik prasowy i I wiceprzewodniczący rady Polskiej Rady Ratowników Medycznych.

W Polsce w systemie Państwowego Ratownictwa Medycznego aktualnie funkcjonuje 1490 zespołów. Ambulanse dysponentów niepublicznych stanowią ok. 10 proc. Z ogólnej liczby zespołów 61 proc. to zespoły podstawowe. Pozostałe to zespoły specjalistyczne z lekarzem.

Eliminacja prywatnych

Inna ważna zmiana, przewidziana projektem noweli Ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, to dopuszczenie do zawierania umów na świadczenie usług ratownictwa medycznego tylko publicznych podmiotów. – To jest zupełnie niezrozumiała zmiana i cofnie nas do głębokiego PRL-u. Jeśli rząd chciałby rzeczywiście upaństwowić ratownictwo medyczne, nie powinno to polegać na wycięciu z niego prywatnych firm, ale na uczynieniu z ratownictwa służby, np. na wzór francuski, gdzie ratownictwo medyczne jest powierzone w zarząd straży pożarnej – mówi dr Guła.

W Polsce funkcjonuje dziś kilkanaście firm prywatnych. Największą z nich jest Falck Medycyna (66 stacji pogotowia, 150 ambulansów i 25 placówek medycznych). Zatrudnia 3 tys. osób i zapewnia usługi dla ponad 2,5 mln osób. Falck ma umowę z NFZ na 120 ambulansów.

Ideę upaństwowienia systemu popierają zaś ratownicy medyczni, bo sugerują, że prywatne podmioty głównie nastawione są na zysk. – W tych podmiotach ratownicy są nierzadko zmuszeni pracować po 500 godzin miesięcznie, aby godnie zarabiać. Nie przestrzega się tam norm czasu pracy. Przecież to jest niebezpieczne i dla nich samych, i dla pacjentów – tłumaczy Ireneusz Szafraniec. Podkreśla, że aby mogły być w pełni spełnione wspomniane propozycje, konieczny jest wzrost płac dla ratowników medycznych, bo dzisiaj pensja tej grupy zawodowej jest na poziome kasjera w hipermarkecie, a chyba nie o to chodzi. W przypadku zaoszczędzonych finansów z kontraktu, zysk należy inwestować np. w nowy sprzęt, szkolenie kadry, odbudowę taboru, a nie jak dotychczas, gdzie prywatne podmioty gromadzą kapitał, a publiczne, nierzadko funkcjonujące przy ZOZ-ach, łatają dziury niedofinansowanych oddziałów – dodaje Ireneusz Szafraniec.

Falck broni się przed podobnymi zarzutami i tłumaczy, że jego karetki stanowią teraz duże wsparcie dla publicznego systemu. – Nie ma badań, które wskazywałyby, że podmioty niepubliczne wykonują świadczenia ratownictwa medycznego gorzej niż jednostki publiczne. Natomiast jest wiele przykładów na poparcie tezy, że konkurencja korzystnie wpływa na jakość usług, wzrost standardów i rozwój systemu. Obserwujemy to od 1993 roku, kiedy rozpoczęliśmy działalność w Polsce – uzasadnia Wojciech Jóźwiak, rzecznik prasowy Falck Medycyna.