Idealna klinika

Przepis na superszpital

Dr hab. med. Zbigniew Serafin1

Opracowała Iwona Dudzik

1kierownik Zakładu Radiologii i Diagnostyki Obrazowej, Szpital Uniwersytecki nr 1 im. dr. Antoniego Jurasza w Bydgoszczy

Small zs opt

Dr hab. med. Zbigniew Serafin

Zakład Radiologii i Diagnostyki Obrazowej Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 w Bydgoszczy w tym roku zajął pierwsze miejsce w naszym rankingu. Drugie miejsce przypadło radiologii Centrum Onkologii w Gliwicach (oddział warszawskiego COI), trzecie ex aequo dwóm warszawskim szpitalom: MSWiA przy ul. Wołoskiej i SPCSK przy ul. Banacha. W 2012 roku srebrny medal otrzymał Zakład Radiologii Klinicznej Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus w Warszawie, a brązowy II Zakład Radiologii Klinicznej SPCSK w Warszawie.


Nie wydawało mi się, że nasza jednostka jest wyjątkowa. Ale tym, co nas wyróżnia, jest komfort pracy. Dlaczego? Ponieważ zakład jest duży i wyposażony w różnego rodzaju sprzęt. W związku z tym pracownicy mogą zmieniać stanowiska pracy, żeby uniknąć znużenia. Elastyczny jest także system zatrudnienia. Wszyscy pracownicy są na kontraktach i każdy z nich ma możliwość elastycznego dopasowania godzin pracy do swoich potrzeb. Może na przykład pracować siedem dni tygodniu, a w kolejnym tylko dwa. Ma więc dużą swobodę w podejmowaniu dodatkowej pracy poza szpitalem lub ma czas na wypoczynek. Niedogodnością są natomiast obowiązkowe dyżury nocne. Muszą one być obsadzone, a ponieważ są trudne, nikt nie jest z nich zwolniony.

Mimo dyżurów radiologia jest w tej chwili atrakcyjną specjalizacją, co widać po liczbie zgłaszających się zainteresowanych studentów i rezydentów. Dlatego nie muszę się martwić brakiem pracowników, a wiem, że w niektórych specjalizacjach to poważny problem. Praca radiologa jest popularna, bo jest zdecydowanie mniej obciążająca niż np. chirurga, a przy tym zarobki są atrakcyjne. Nasza specjalizacja jest specyficzna – przyciąga ludzi o określonym typie osobowości, nieco zamkniętych w sobie. Nie licząc badań USG, praktycznie nie mamy bezpośredniego kontaktu z pacjentami. Zamykamy się w pokoju, przed komputerem, i pracujemy w ciszy. Radiolodzy przyzwyczaili się praktykować w wielu miejscach. Jest to możliwe, ponieważ w naszej specjalizacji nie ma konieczności zapewnienia ciągłości opieki nad chorym. W sumie jednak radiolodzy pracują dużo. Rozwój teleradiologii umożliwił nam też pracę całkowicie zdalną, z komputera w domu.

Wracając do naszego sukcesu w plebiscycie „Medical Tribune”, muszę przyznać, że miałem sporo szczęścia, ponieważ niewiele musiałem robić, aby zwyciężyć. Mało kto pamięta, że jeszcze dziesięć lat temu mieliśmy przestarzały sprzęt, co blokowało nam rozwój. Wypomniał nam to nawet jeden z raportów NIK. Jednak w latach 2009-2012, kiedy szefem zakładu był prof. Władysław Lasek, poczyniono szereg ważnych zakupów.

Kiedy trzy lata temu zostałem szefem, objąłem zakład w pełni wyposażony w najnowszą aparaturę, m.in.: trzy aparaty rezonansu magnetycznego, w tym jeden śródoperacyjny, oraz cztery tomografy komputerowe. Najbardziej zaawansowany, a jednocześnie obciążony sprzęt to dwuenergetyczny tomograf komputerowy, który znajduje się na SOR. To jeden z kilku takich aparatów w Polsce, ta technologia wciąż się rozwija i dojrzewa. Wyposażenie ma decydujące znaczenie dla płynności pracy w zakładzie, bo kiedy aparat ulega awarii lub wymaga konserwacji, możemy skorzystać z innego; nie musimy odwoływać pacjentów, przepraszać za wydłużenie kolejki, a pracownicy mają zapewnioną ciągłość pracy.

Myślę, że inną zaletą pracy w naszym zakładzie jest pewna formalizacja procedur. Wprowadzenie procedur wymusiła na nas akredytacja, którą szpital przechodził w ubiegłym roku. Wymagało to od nas sporo pracy, a część pracowników wątpiła w sens opisywania wszystkich czynności. Ale procedury likwidują uznaniowość decyzji i zwiększają powtarzalność naszej pracy. Moim zdaniem dają też większy komfort pracy.

Jak wspomniałem, jesteśmy dużym zakładem, zatrudniamy 82 osoby, w tym 32 lekarzy. To liczny zespół, ale sprawdzony. Czasami polityka finansowa dyrekcji w innych szpitalach nie zachęca do budowania dużego zespołu. Zdarza się, że ludzie, których jest za mało, są po prostu mocno wyczerpani i w pewnym momencie rezygnują, a zespół się rozpada.

Nasza specjalność jest usługowa, obsługuje innych specjalistów. Dlatego marzy nam się dobra współpraca z klinicystami, która nie będzie ograniczać się do napisania kilku słów na skierowaniu, ale stanie się zaangażowaną dyskusją o danym pacjencie. Niektórzy radiolodzy odzwyczaili się nieco od takiego podejścia, jakby zapomnieli, że są lekarzami. Dlatego bardzo się cieszę, kiedy moi rezydenci, którzy także mają dostęp do ogólnoszpitalnego systemu informatycznego, zaglądają tam, by sprawdzić wyniki badań laboratoryjnych pacjenta czy przebieg kliniczny jego choroby. To dobrze, bo bez tych dodatkowych informacji stajemy się jedynie opisywaczami obrazków, a nie lekarzami. Obecnie młodzież wraca do korzeni, nie zamyka się jedynie w radiologii, sięga po dane kliniczne.

Za nasze osiągnięcie uważam to, że po latach udało się nam odbudować tradycję konsultacji kliniczno-radiologicznych, tzw. kominków. Regularnie co tydzień przychodzą do nas chirurdzy onkologiczni oraz neurolodzy i wspólnie omawiamy przypadki. Prowadzenie takich konsultacji jest obowiązkiem prawnym, ale w praktyce bywa różnie. Natomiast dla mnie jest to nieocenione narzędzie, służące prawidłowemu prowadzeniu pacjenta i edukacji. Klinicyści dowiadują się, co jesteśmy w stanie zobaczyć w badaniu, a czego nie. Natomiast radiolodzy otrzymują więcej informacji i zaczynamy więcej widzieć. Możemy powiedzieć na przykład, że coś, co było na obrazie niespecyficzną białą plamką, oznacza konkretną chorobę, że mamy do czynienia z nowotworem, a nie zapaleniem. Taki opis ma dużo większą wartość. Oczywiście radiolodzy nie są święci, może się zdarzyć, że któryś nie będzie zadowolony, bo dodatkowa dyskusja zajmuje mu czas. Ale przecież nie jest po to, by opisywać badania, tylko aby zdiagnozować pacjenta. To niewielka, ale istotna różnica.

Small 11421

Gdybym więc przy okazji wygranej mógł na coś wpłynąć, to zależałoby mi na poprawie jakości skierowań. Żeby klinicyści dawali nam więcej informacji i nie sądzili, że wystarczy po prostu wrzucić nam skierowanie, aby otrzymać konkretną odpowiedź na każdy problem.

Młodym lekarzom przypomniałbym to, czego uczyli nas nauczyciele: że to wywiad z pacjentem i badanie fizykalne są najważniejszą częścią diagnostyki oraz że zlecanie wielu najróżniejszych badań laboratoryjnych i obrazowych nie jest dobrym postępowaniem. Pacjent powinien być kierowany na badania z podejrzeniem konkretnej choroby, a nie tylko z podaniem objawów. Klinicysta winien wiedzieć, czego szuka, a my naprawdę nie chcemy wykonywać opisów, które nic nie dają.

Jest jeszcze coś, na co narzekamy. To wysokość finansowania, która sprawia, że działamy na granicy bezpieczeństwa finansowego. Boimy się tego, ponieważ nasz szpital w poprzednich latach mocno się zadłużył. Obecnie powoli spłaca długi i wychodzi na prostą. Ale w ubiegłym roku NFZ obniżył stawki za leczenia kardiologiczne, co w przypadku naszego szpitala oznacza niższe przychody rzędu kilku milionów złotych. Boimy się takich gwałtownych, często nieprzemyślanych, zmian. Mogą one w nas uderzyć, ponieważ jesteśmy w dużej mierze finansowani z przychodów specjalności klinicznych.