Opinie

Replantacja z dobrej woli

Wojciech Skowroński

Small maciejewski adam 08x opt

Prof. Adam Maciejewski: Przypadek sprawił, że przed przystąpieniem do tych operacji wszyscy byliśmy na miejscu i w ciągu 30 minut przygotowaliśmy się do zabiegu. Co w sytuacji, gdy część z nas znajdzie się poza regionem, a pacjent będzie wymagał natychmiastowego zabiegu?

Chirurdzy w gliwickiego Centrum Onkologii przeprowadzili kolejny zabieg replantacji rozległych okolic powłok mózgo- i twarzoczaszki, karku oraz części szyi u 33-letniej pacjentki, która, tak jak operowana w sierpniu br. 26-letnia kobieta, uległa wypadkowi przy pracach żniwnych.

– Podobnie jak w poprzednim wypadku, trzeba wspomnieć o szybkiej i sprawnej akcji SOR-u (tym razem z wrocławskiego szpitala), dzięki której oderwana część ciała, odpowiednio zabezpieczona i prawidłowo transportowana, nadawała się do replantacji. Chora trafiła do nas po przeprowadzeniu pełnej diagnozy – opisuje prof. dr hab. med. Adam Maciejewski, szef zespołu rekonstrukcyjnego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Oddział w Gliwicach.

Zabieg polegał na przywróceniu oderwanego fragmentu powłok opisywanego regionu za pomocą tętniczych i żylnych mikrozespoleń.

– Bardzo dokładnie przygotowaliśmy naczynia tętnicze i żylne, które charakteryzowały się większą średnicą niż w przypadku pierwszej operacji i były w lepszym stanie. Z żył pobranych z przedramienia stworzyliśmy specjalne pomosty, dwiema tętnicami i czterema żyłami połączyliśmy je z naczyniami w obrębie ubytku. Pełny powrót ukrwienia i pełna perfuzja sprawiły, że replant wgoił się zgodnie z naszymi oczekiwaniami – mówi prof. Maciejewski.

W ocenie chirurgów najistotniejsza w czasie zabiegu jest odpowiedź na pytanie, czy czas, jaki upłynął od urazu do powrotu unaczynienia, nie był zbyt długi i pozwoli na ukrwienie oderwanej części ciała. W obu przypadkach wynosił ponad osiem godzin, więc można mówić o pewnym rekordzie.

– Jest to prawidłowość, która skłania nas, by sądzić, że ten czas rzeczywiście może wynosić ponad osiem godzin. Przedłużyliśmy pewną granicę, ale trzeba pamiętać, że dobry ogólny stan zdrowia pacjentek i ich wiek też przyczyniły się do powodzenia zabiegów – dodaje prof. Maciejewski.

Choć 33-latka czuje się dobrze i nie ma już obaw dotyczących obumarcia replantu, a efekt estetyczny jest zadowalający, za kilka miesięcy zgłosi się ponownie do gliwickiego ośrodka, bo, jak mówią chirurdzy – jest osobą młodą i trzeba jeszcze poprawić wygląd okolic replantowanego fragmentu przez zatuszowanie blizn.

Czym się różniły te przypadki? W drugim chora trafiła do gliwickiego ośrodka z urazem wielonarządowym, ponieważ dotyczył nie tylko okolic głowy i szyi, ale także kończyny górnej z otwartym złamaniem obu kości przedramienia i dolnej z bardzo rozlegle uszkodzonym aparatem więzadłowym stawu kolanowego.

– Dzięki współpracy z chirurgiem ortopedą zaopatrzyliśmy jednoczasowo otwarte złamanie przedramienia, a także zdiagnozowaliśmy uraz stawu kolanowego i podjęliśmy decyzję o jego leczeniu zachowawczym – opisuje prof. Maciejewski.

Pacjentka odbyła już wiele konsultacji – w przypadku stawu kolanowego wprowadzone leczenie zachowawcze pozwoli w przyszłości uniknąć ingerencji chirurgicznej, ale na ostateczną diagnozę trzeba jeszcze zaczekać. W przypadku przedramienia kończyny górnej kości zostały zespolone przy użyciu specjalnych płyt tytanowych i po zaleconej rehabilitacji pacjentka powinna odzyskać sprawność ręki.

Dwie bardzo precyzyjne i z pełnym powodzeniem przeprowadzone ostatnio replantacje okolic głowy i szyi pozwalają przypuszczać, że niebawem podobnych przypadków kierowanych do gliwickiego ośrodka będzie więcej. I tu pojawia się problem, ponieważ ośrodek nie jest placówką replantacyjną, nie ma w nim ostrych dyżurów, a prowadzone tutaj leczenie skierowane jest wyłącznie do pacjentów onkologicznych.

– To wynika tylko z dobrej woli całego zespołu. Przypadek sprawił, że przed przystąpieniem do tych operacji wszyscy byliśmy na miejscu i w ciągu 30 minut przygotowaliśmy się do zabiegu. Co w sytuacji, gdy część z nas znajdzie się poza regionem, a pacjent będzie wymagał natychmiastowego zabiegu? – pyta prof. Maciejewski i dodaje: – Nie mamy żadnych oficjalnych ustaleń, ścieżek diagnostycznych ani zaplecza urazowego, co pozwalałoby na zabezpieczanie urazów wielonarządowych.

Kolejna kwestia wiąże się z finansami. Lekarze, którzy zgłaszają się na wezwanie, oprócz własnego dobrego samopoczucia po rzetelnie wykonanym zabiegu nie otrzymują żadnych dodatkowych gratyfikacji, a wpływy z NFZ po indywidualnych zgłoszeniach wykonanych zabiegów w żaden sposób nie pokrywają całkowitych kosztów.

– My zrobimy wszystko, by nikomu nie odmówić udzielenia pomocy, ale myślę, że w Polsce powinny powstać ośrodki, które w przypadku poważnych urazów wielonarządowych kompleksowo zajmowałyby się takimi właśnie chorymi – podsumowuje prof. Maciejewski.