Dostęp Otwarty

Powitanie

Nauka polskiego

Iwona Konarska

Small img 3400 kolor  opt

Iwona Konarska

Pomysły urzędników są ciekawsze od najciekawszego „Ucha Prezesa”. Bo który satyryk wymyśliłby, że tylko dentysta i onkolog powinni po ukończeniu studiów wykazać się umiejętnością rozmowy z pacjentem? Ponieważ zalecenie to znalazło się w projekcie rozporządzenia, mam nadzieję, że w wersji finalnej zniknie. Ale i tak warto prześledzić wysiłek umysłowy osoby, która to pisała. Onkolog jest poza dyskusją. No tak, ale kiedy myślę o onkologu przekazującym wyniki i kreślącym perspektywę przed pacjentem, widzę korytarze warszawskiego Centrum Onkologii i pulsujący tłum. Lekarze zabiegają o zachowanie jakiejkolwiek intymności pacjenta, a przy tym natłoku starają się, by ogarnął on podstawowe informacje. To daje gwarancję, że np. wykona badania, że prawidłowo się do nich przygotuje. Tylko tyle i aż tyle. Wniosek? Trzeba stworzyć warunki do rozmowy, potem uczyć komunikacji.

Ale dentysta? Dlaczego został tym wybrańcem urzędników? Dziwi to szczególnie dlatego, że ma on komfortową sytuację – po zablokowaniu szczęki pacjenta może się stać mistrzem swobodnego monologu.

Do wagi i powagi dobrej rozmowy nawiązuje artykuł „Utracona reputacja porodów naturalnych” z cyklu „Bez mojej zgody”. Prof. Hubert Huras omawia epidemię cesarskich cięć. Jednym z dominujących wątków jest zastanawianie się, jak rozmawiać z przestraszonymi pacjentkami, które „na dzień dobry” domagają się cięcia cesarskiego. I one, i ich rodziny nie chcą słuchać żadnych argumentów. Są przestraszone, agresywne, złe. Niektórzy lekarze ustępują natychmiast, inni idą w zaparte. Bez wyjaśnienia.

Opisuję tę sytuację nie po to – a przynajmniej nie tylko po to – by urzędnicy zauważyli, że położnik też powinien się wykazać umiejętnością rozmowy z pacjentką. To jest niezbędne każdemu specjaliście. Jednak tak naprawdę wyróżniono onkologa i dentystę, by zasugerować, że rozmowa z pacjentem jest taka jak każda inna.

A to nieprawda.