Nasi pacjenci też potrzebują skoordynowanej opieki

O zbyt późnym diagnozowaniu w Polsce chorób nerek prowadzącym do ich niewydolności z prof. dr. hab. med. Ryszardem Gellertem, kierownikiem Kliniki Nefrologii i Chorób Wewnętrznych CMKP, konsultantem krajowym w dziedzinie nefrologii, rozmawia Ewa Szarkowska

MT: Co roku ok. 5 tys. Polaków musi rozpocząć leczenie dializami. Połowa z nich dowiaduje się o chorobie dopiero, kiedy ich nerki przestają działać. Dlaczego tak się dzieje?


Prof. Ryszard Gellert:
Niewydolność rozwija się podstępnie, nie dając niemal żadnych objawów aż do chwili, kiedy nerki są już bardzo zniszczone. W związku z tym mamy złudzenie, że jesteśmy zdrowi, a słabszą formę zrzucamy na karb zmęczenia, ciągłego stresu w pracy, starzenia się. Takie samo złudzenie mają nasi lekarze. W Polsce ok. 4,5 mln osób ma chore nerki, ale często o tym nie wie przez 20-30 lat. O problemie dowiadują się po wielu latach leczenia u różnych specjalistów. Obecnie co trzeci pacjent w Polsce umiera przedwcześnie, mając chore nerki.


MT: Jak można to zmienić?


R.G.:
Trzeba postawić na prewencję pierwotną i wtórną. Wczesne wykrycie choroby da wielu pacjentom szansę na uniknięcie ostatniej fazy leczenia przewlekłej choroby nerek, czyli dializ i przeszczepienia nerki. Większość chorób nefrologicznych można bowiem skutecznie leczyć farmakologicznie lub zatrzymać ich postęp na wiele lat, pod warunkiem wczesnego rozpoznania.

Musimy uświadamiać pacjentom i lekarzom, że o nerki od czasu do czasu trzeba zadbać, tak jak o prawidłowe stężenie cholesterolu czy cukru. Wystarczy wykonać proste i tanie badania – oznaczenie stężenia kreatyniny we krwi oraz ogólne badanie moczu. Badania te powinny być wykonywane, zwłaszcza jeśli pacjent ma pewną podatność genetyczną, którą łatwo stwierdzić. Wystarczy zapytać, czy rodzice, rodzeństwo lub dzieci chorują na nerki, cukrzycę lub nadciśnienie tętnicze. W grupie ryzyka są także osoby z cukrzycą, nadciśnieniem tętniczym, chorobami serca, po zawałach i udarach, otyłe i palące papierosy.