Na ważny temat

Nikifory polityki zdrowotnej reformują medycynę ratunkową

O tym, czy naszpikowanie SOR-ów elektroniką w ramach ministerialnego TOPSOR poprawi sytuację lekarzy na SOR-ach, z prof. dr. hab. med. Juliuszem Jakubaszką, emerytowanym kierownikiem Katedry Medycyny Ratunkowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu oraz Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, twórcą polskiej medycyny ratunkowej, członkiem Sekcji Medycyny Ratunkowej Europejskiej Unii Specjalizacji Medycznych (UEMS), rozmawia Iwona Dudzik

MT: Temat SOR-ów nie znika z nagłówków gazet. Są one przedstawiane jako miejsca wręcz niebezpieczne dla pacjentów. Jak pan to przyjmuje?


Prof. Juliusz Jakubaszko:
Media szukają sensacji i nadają ton dyskusji w przestrzeni publicznej. To jest niebezpieczne. Nigdzie na świecie nie podważa się zasadności istnienia SOR-ów. Fakty są takie, że SOR-y, które na Zachodzie istnieją od 50 lat, oznaczają wielki postęp w ratowaniu ludzkiego życia. Zmniejszyła się m.in. liczba tzw. zgonów do uniknięcia, które są jednym ze wskaźników jakości systemu ochrony zdrowia.

SOR-y przynoszą też korzyści ekonomiczne. Zgodnie z danymi amerykańskimi każdy pacjent, który trafia na SOR, to oszczędność 2 dolarów w globalnym budżecie ochrony zdrowia. Zakładając, że przez mniej więcej pięć tysięcy oddziałów ratunkowych w USA przewija się co roku 150 mln pacjentów, zyski są ogromne.


MT: Jeden z lekarzy udzielił krytycznego wywiadu, w którym stwierdził: „Chyba nie znam lekarza, który chciałby pracować na SOR-ze”. W reakcji przyszły listy lekarzy SOR-ów, którzy mają przeciwne zdanie: „adrenalina, poczucie misji, team spirit – pisali. Pana zdaniem SOR to dobre miejsce pracy dla lekarza?


J.J.:
Medycyna ratunkowa to jedna z najbardziej rozwojowych, nowoczesnych dyscyplin medycznych. Jest atrakcyjna nie tylko dla młodych lekarzy, którym stwarza ogromne możliwości zawodowego realizowania się i poczucie pełnienia misji. Stawia jednak wysokie wymagania, nie tylko co do wiedzy i umiejętności, ale również wytrzymałości psychicznej. Specjalizacja z medycyny ratunkowej wiąże się z wyższym ryzykiem wypalenia zawodowego – to znany fakt. Lekarzy z takimi objawami będzie przybywało, szczególnie w Polsce, gdzie specjalistów z tej dziedziny jest mało. Są przeciążeni pracą, dobijani nadmiarem obowiązków i odpowiedzialności. Proces ten zaczął się w latach 2010-2012. Politycy manipulowali przy ustawie o państwowym ratownictwie medycznym z zamiarem opóźnienia wymogu specjalizacji lekarskiej z medycyny ratunkowej dla lekarzy pracujących na tego typu oddziałach. Kolejne nowelizacje w latach 2015 i 2017 oddalały obowiązek posiadania specjalizacji z medycyny ratunkowej i dopuściły do pracy w systemie medycyny ratunkowej lekarzy o innych kompetencjach lub nawet bez specjalizacji. Pojawił się zapis, że w karetce albo na oddziale ratunkowym może pracować praktycznie każdy lekarz, który przepracował określony czas w pogotowiu ratunkowym. Dlatego specjaliści medycyny ratunkowej zaczęli ginąć pośród fali napływających lekarzy, w tym także takich bez podstaw merytorycznych do pracy w medycynie ratunkowej.