Dostęp Otwarty

Prawo

Jak ważne jest zwykłe „przepraszam”

Lek. Marta Rorat

Katedra Medycyny Sądowej, Zakład Prawa Medycznego Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu; Oddział I Zakaźny Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu

Small rorat 13 x opt

Lek. Marta Rorat

Zakażenia inwazyjne, takie jak sepsa i zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, przerażają zarówno pacjentów, jak i lekarzy. Tu liczy się każda godzina, a czasem każda minuta. W pośpiechu i natłoku pracy łatwo jednak o błąd, którego konsekwencje prawne mogą wywrócić do góry nogami całe życie. Czy zwykłe „przepraszam” może uchronić przed odpowiedzialnością prawną?

Choroba 20-letniej Barbary K. zaczęła się 30 stycznia znacznym osłabieniem, bólem mięśni i stawów, gorączką i nudnościami. W kolejnym dniu dołączyły się silne bóle głowy, jednokrotne wymioty. W związku z przebytym dwukrotnie w przeszłości zapaleniem opon mózgowo-rdzeniowych o etiologii Neisseria meningitidis, w obawie przed kolejnym nawrotem choroby, pacjentka zgłosiła się niezwłocznie na izbę przyjęć pobliskiego szpitala w małym mieście na wschodzie Polski. W czasie oczekiwania na lekarza ponownie zwymiotowała, bóle głowy stopniowo nasilały się, leki przeciwbólowe nie pomagały. Po trzech godzinach została przyjęta przez młodą lekarkę Magdalenę S., która po zebraniu krótkiego wywiadu, pomimo braku typowo występujących objawów ze strony układu oddechowego, postawiła rozpoznanie grypy. W trakcie krótkiej wizyty zarzuciła pacjentce, że „zawraca jej głowę błahostkami, podczas gdy naprawdę chorzy ludzie czekają na pomoc”. Powoływała się przy tym na swoje doświadczenie zdobyte podczas dwutygodniowego stażu w Stanach Zjednoczonych. W odczuciu chorej była antypatyczna, pełna pretensji, mówiła podniesionym głosem i używała oskarżycielskiego tonu – zarzucała jej między innymi brak szczepienia przeciwko grypie. Lekarka nie przeprowadziła wywiadu odnośnie do przeszłości chorobowej, a sama chora, wręcz zastraszona agresywną postawą pani doktor, nie powiedziała o przebytych neuroinfekcjach. Brak było także badania fizykalnego i jakichkolwiek badań dodatkowych. Lekarka zaleciła leczenie objawowe. Wskazała również „lek na grypę”, którego ostatecznie nie przepisała z uwagi na bardzo wysoką cenę.

Dyspozytor odmówił

Po powrocie do domu stan zdrowia kobiety zaczął się gwałtownie pogarszać. Wymioty nasiliły się, gorączka i ból głowy nie ustępowały. Dodatkowo dołączyły się zaburzenia równowagi, zaburzenia widzenia i duszność. Rodzina pacjentki, po około sześciu godzinach od wizyty w szpitalu, zadzwoniła na pogotowie i prosiła o przyjazd karetki. Podczas rozmowy zostali przekierowani do ośrodka nocnej i świątecznej pomocy doraźnej. Lekarz ambulatorium, po uzyskaniu informacji o wcześniejszej wizycie pacjentki na szpitalnej izbie przyjęć i postawionym rozpoznaniu, odmówił jednak wizyty domowej. Tłumaczył, że „nie będzie podważał autorytetu swoich kolegów”, a tym bardziej jeździł do banalnych przypadków grypy. W międzyczasie u chorej wystąpiło drętwienie (sztywnienie) twarzy i kończyn górnych. Ponownie podjęto próbę wezwania pogotowia ratunkowego. W trakcie rozmowy dyspozytor uzyskał informacje o wszystkich występujących objawach, przebytych zapaleniach opon mózgowo-rdzeniowych i wyniku konsultacji lekarskiej. Ostatecznie odmówił wysłania karetki. Tłumaczył, że wszystkie objawy są typowe dla grypy, a drętwienie jest wynikiem histerii. Dyspozytor zalecił zimne okłady, nawadnianie doustne gorącą herbatą z cytryną lub kompotem oraz masowanie twarzy kremem (!). W ciągu kilku kolejnych godzin u pacjentki obserwowano narastające zaburzenia świadomości. Rodzina zdecydowała się na ponowne zawiadomienie pogotowia ratunkowego w momencie, kiedy nie można już było nawiązać z nią kontaktu. Jak zeznała matka, chora nie odpowiadała na pytania, choć miała otwarte oczy, krzyczała tylko co jakiś czas „masuj”, „boli”, „mamusia”. Wówczas dyspozytor podjął decyzję o wysłaniu karetki. Pacjentka przewieziona została do szpitala, gdzie rozpoznano zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych. Z uwagi na uwidoczniony w badaniu TK obrzęk mózgu oraz narastające objawy niewydolności krążeniowo-oddechowej, została przekazana na Oddział Anestezjologii i Intensywnej Terapii, gdzie po dwóch dniach zmarła.

Ustalenia biegłych

Powyższa historia to łańcuch nieszczęśliwych zdarzeń – błędów medycznych – a w konsekwencji śmierci, której można było zapobiec. W związku ze złożonym przez rodzinę zmarłej zawiadomieniem o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, wszczęto postępowanie karne. Rodzina wnioskowała o ściganie i ukaranie tylko jednej osoby – lekarki z izby przyjęć, do której pacjentka zgłosiła się z pierwszymi objawami choroby. Argumenty, które zaważyły na takiej decyzji, wynikały z zachowania pani doktor. Lekarka była opryskliwa, niegrzeczna, krzyczała i ignorowała objawy pacjentki, a przede wszystkim nie zbadała jej nawet. W zawiadomieniu bliscy zmarłej wskazali przy tym, że wybaczają i nie chcą, aby postępowanie było prowadzone w stosunku do pozostałych osób. Zarówno dyspozytorka, jak i lekarz ambulatorium, którzy odmówili pomocy, z własnej inicjatywy zadzwonili do pogrążonych w żałobie rodziców pacjentki i przeprosili za swój błąd. Prokurator przyjął zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, wstępnie kwalifikując czyn jako nieumyślne narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (art. 160 § 3 Kodeksu karnego). Co ważne, przestępstwo to ścigane jest w trybie wnioskowym – pokrzywdzony musi złożyć wniosek, by sprawą zajął się oskarżyciel publiczny. Zgodnie z sugestią rodziny pytania skierowane do biegłych ukierunkowane były na ocenę prawidłowości postępowania wyłącznie lekarza izby przyjęć.

Biegli ustalili, że postępowanie lekarki Magdaleny S., polegające na braku przeprowadzenia dokładnego wywiadu chorobowego, badania fizykalnego i badań dodatkowych, było nieprawidłowe i spowodowało narażenie Barbary K. na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Prawidłowe postępowanie stwarzało szansę wcześniejszego zdiagnozowania zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych, a tym samym uniknięcia powikłania choroby – obrzęku mózgu. Brak było jednak gwarancji na uratowanie życia – takiej pewności nie dawała nawet wcześniejsza hospitalizacja. Z tego powodu, zarówno biegli, jak i prokurator odrzucili związek pomiędzy popełnionymi błędami a zgonem pacjentki. Jego przyjęcie sprawiałoby, że oskarżenie dotyczyłoby nieumyślnego spowodowania śmierci (art. 155 kk).

W tym przypadku można mówić o pewnym dobrodziejstwie systemu prawnego, w którym niektóre z przestępstw ścigane się w trybie wnioskowym. Maszyna represji nie działa wówczas automatycznie, niezbędna jest wola ścigania, wyraźnie wyrażona przez pokrzywdzonych. Samo zawiadomienie o przestępstwie to za mało. Po wstępnych czynnościach prokuratora konieczny jest kolejny krok. Sytuacja taka ma miejsce między innymi przy najczęstszych zarzutach stawianych lekarzom – nieumyślnego narażenia życia i zdrowia. To szansa na pojednanie, przez proste „przepraszam”, ludzki odruch skruchy, pokory, chęci odważnego wyjaśnienia sprawy. Szansa zatrzymania maszyny represji, zanim ruszy ona z miejsca, zanim złożony zostanie wniosek o ściganie.

Spoglądając po ludzku

W powyższym kontekście przedstawiony przypadek rysuje się niezwykle interesująco. Z prawnego punktu widzenia może dziwić stanowisko rodziny, ale również organów ściągania w stosunku do lekarza nocnej i świątecznej pomocy doraźnej oraz dyspozytorki pogotowia ratunkowego. Nie budzi wątpliwości, że obydwie osoby popełniły błąd medyczny, polegający na odmowie udzielenia pomocy medycznej. Błędy te były konsekwencją postępowania pierwszego lekarza (zawierzenia pierwotnej diagnozie), który rozpoznał u chorej grypę. Wszystkie objawy, które zgłaszała rodzina pacjentki, tłumaczono stwierdzoną chorobą. Nikt nie próbował zweryfikować rozpoznania, mimo że dołączały się coraz to nowe objawy, a od początku chora nie prezentowała typowych objawów grypy (brak objawów ze strony układu oddechowego). Również ignorowano bardzo ważną kwestię przebytych neuroinfekcji, których przebieg był za każdym razem bardzo podobny.

Spoglądając na historię po ludzku, starając się zrozumieć emocje, wreszcie znajdując po drugiej stronie konfliktu nie wroga, ale człowieka, rozwiązanie przypadku układa się w spójną całość. Czasem istnieją inne sposoby wyjaśniania błędów medycznych czy też zgodnie z semantyką kultury bezpieczeństwa – zdarzeń niepożądanych. Być może zwykłe, proste „przepraszam” wystarczy, żeby uniknąć odpowiedzialności prawnej, a przynajmniej karnej. Powyższa historia stanowi przykład szeroko rozpowszechnionego w Stanach Zjednoczonych programu „Sorry Works”, w którym podstawą jest okazanie empatii, przeprosiny, wsparcie dla osoby pokrzywdzonej lub członków jej rodziny i próba polubownego rozwiązania sporu. Powszechnie przyjmuje się, że w Polsce głęboko zakorzeniona jest kultura winy i chęć dążenia za wszelką cenę do fałszywie postrzeganej sprawiedliwości społecznej, na co wskazywałaby rosnąca liczba spraw przeciwko lekarzom. Może jednak i polskie społeczeństwo powoli dojrzewa do kultury bezpieczeństwa, zaczyna rozumieć i wybaczać. Odpowiedzialność karna to ostateczność, a nie środek zaspokajania poczucia krzywdy.