Co znajdziesz w artykule?
Operacje bez środków znieczulających, krzyki rannych, śmierć kolegów na ich rękach – to ich wspomnienia. Wiele z nich miało wtedy po kilkanaście lat.
Spis treści
Nie wiadomo dokładnie, ile kobiet brało udział w Powstaniu Warszawskim. Według szacunkowych danych ponad 3 tys. młodych dziewcząt ratowało życie powstańców oraz ludności cywilnej. Ponad 400 z nich poległo.
– Kobiety w powstaniu były po prostu żołnierzami, traktowanymi z pełnym szacunkiem i zaufaniem kolegów. Zdarzało się, że ludzie zakochiwali się w sobie i pobierali się, ale relacje damsko-męskie w kompaniach były oficjalnie niedozwolone. Mężczyźni może częściej przenosili nosze z rannymi czy
ciężką broń, bo więcej mają siły. Ale my byłyśmy łączniczkami, sanitariuszkami, pełniłyśmy warty – mówi Maja Galica-Zarembina, sanitariuszka i łączniczka, po wojnie chirurg.
Dzieciaki, które rwały się do walki
W godzinie W Maja Galica-Zarembina miała 16 lat i doświadczenie półtora roku działalności w Armii Krajowej. Składając uroczystą przysięgę AK, ledwo co skończyła 14 lat, a żeby być przyjętą do konspiracji, dodała sobie dwa lata.
– Wielu z nas zawyżało wiek, nie mieliśmy przecież żadnych dokumentów. Ale nie byliśmy takimi dziećmi, jak wydaje się to z dzisiejszej perspektywy. Za dużo widzieliśmy i przeżyliśmy: łapanki, aresztowania, śmierć naszych kolegów i rodziców, rozstrzeliwania na ulicach. Dorastaliśmy inaczej – mówi Maja Galica-Zarembina.
Jej ojciec był przedwojennym oficerem. Patriotyzm miała we krwi. W powstaniu walczyła na Czerniakowie w zgrupowaniu „Kryska”, batalion „Tum”, 4. kompania porucznika „Siekiery”, IV pluton. Była łączniczką i sanitariuszką.
– Mój ojciec został aresztowany w czerwcu 1943 roku i stracony na Pawiaku we wrześniu ’43. Każdy tracił kogoś bliskiego. Takie doświadczenia powodowały, że chcieliśmy walczyć o wolność ojczyzny. Czekaliśmy na wybuch powstania, długo się do niego przygotowywaliśmy. Te emocje musiały znaleźć ujście – mówi.
Barbara Wilczyńska-Sekulska, pseudonim „Penelopa” (IV kompania „Watra”, batalion Kilińskiego, sanitariuszka i łączniczka), zauważa, że z dzisiejszej perspektywy może trudno zrozumieć, dlaczego dzieciaki rwały się do walki, ale w tamtych czasach w większości domów obowiązywało patriotyczne wychowanie. W chwili wybuchu powstania miała 17 lat i dwa lata w konspiracji za sobą.
– Pierwsze dni powstania były dla nas niezwykle radosne. Wreszcie można było być Polakiem, założyć na ramię biało-czerwoną opaskę i wywiesić polską flagę – mówi.
W szpitalu i na barykadach
Kursy sanitarne i wojskowe odbywały się w konspiracji, często w prywatnych domach i zwykle w małych grupach (5-10 osób). Wszelkie kontakty były zachowane w tajemnicy, dlatego nie znały nazwisk kolegów i koleżanek, a jedynie pseudonimy, podobnie jak nie znały nazwisk przełożonych. Uczyły się podstaw poruszania się w warunkach wojny, np. musztry czy alfabetu Morse’a, ale też anatomii, opatrywania ran, stabilizowania złamań.
– Każda z nas miała torbę sanitariuszki. W pierwszym momencie trzeba było przenieść rannego w bezpieczne miejsce, następnie spróbować ocenić jego stan, zdezynfekować i opatrzyć rany. Potem starać się odtransportować go do szpitala. Na przedpolu można było tylko zabezpieczyć obrażenia – wyjaśnia Barbara Wilczyńska-Sekulska.
Czasami za szpital służył barak, namiot lub piwnica. Brakowało środków znieczulających, a operować trzeba było. Jednocześnie dochodziło do wielu poważnych obrażeń: pourywane kończyny, bardzo głębokie i rozległe rany. Pacjenci krzyczeli z bólu. – Pomimo bardzo trudnych warunków najważniejsze było to, że mogliśmy pomagać – mówi Maja Galica-Zarembina.
Barbara Wilczyńska-Sekulska Powstanie Warszawskie spędziła z matką, razem zapisały się do AK, razem przeszły kursy sanitarne i bojowe. Matka była ranna w nogę, ale przeżyła powstanie, zmarła na zawał dzień po wypowiedzeniu stanu wojennego. Chłopcy (jak doktor Wilczyńska nazywa kolegów z PW) mówili, że jest ich „mamcią”, bo traktowała ich jak synów, pilnowała, żeby przed akcją nie pili alkoholu. A oni jej wtedy słuchali.
Ryc. 3. Wielu kolegów zginęło na oczach Mai Galicy-Zarembiny (czwarta od lewej). Na zdjęciu – zdziesiątkowany IV pluton tuż po Powstaniu Warszawskim.
Barbara Wilczyńska-Sekulska pamięta dobrze, kiedy Niemcy zajechali na motorach na teren Szpitala Maltańskiego, strzelali z pistoletów w sali pełnej rannych.
W momencie przejęcia placówki wielu powstańców miało broń. – Zabierałam do kieszeni fartucha pistolety i amunicję, chowałam, gdzie się dało. Ranny nie zawsze chciał oddać, pilnował broni jak największego skarbu, bo bez niej nie mógł przecież walczyć. Ale gdyby Niemcy znaleźli broń w szpitalu cywilnym, mogliby uznać go za szpital powstańczy, a wtedy kto wie, co by się stało. Po dobie, nad ranem, Niemcy się wycofali. To było w tym czasie, kiedy zginął Baczyński na placu Teatralnym – mówi Barbara Wilczyńska-Sekulska.
„Wtedy został ten szpital bezpański. Po stronie Ogrodu Saskiego byli Niemcy, a na tyłach w kierunku ulicy Długiej i obecnego pałacyku Radziwiłłów (…) byli nasi. Nasi przychodzili w nocy do nas, a tam Niemcy zaglądali z drugiej strony. Po jakichś dwóch dniach dowiedziałam się od naszych, którzy podchodzili z tyłu, że tam są oddziały, które się wycofały z Woli. (…) Ubrałam się w długi fartuch z opaską i poszłam. Prowadziła mnie poprzez piwnice, po tych wszystkich zaułkach, taka mała dziewczynka siedmioletnia jako przewodniczka. (…) Potem idąc tą Długą, pytałam, czy tu może gdzieś są jakieś oddziały z batalionu Kilińskiego. Tak się szczęśliwie złożyło, że (…) przy ulicy Miodowej spotkałam czterech naszych chłopców. Spytałam, gdzie oni są, podali, że w Wytwórni Papierów Wartościowych, że teraz właśnie się tam przenieśli. (…) To koniecznie [powiedzieli] żebym ja się tam do nich przeniosła, dlatego że chcą mieć swoje dziewczyny sanitariuszki. Więc poszłam z powrotem do mojej mamy i zabrałam ją z naszymi bagażami i przeniosłam się do Wytwórni Papierów Wartościowych. Tam już do końca sierpnia byłam z mamą” – wspominała w 2005 roku dla Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego.
Rano 28 sierpnia powstańcy stracili gmach. Wyniesienie ciężko rannych ze szpitala w Wytwórni Papierów Wartościowych okazało się niemożliwe. Żołnierze niemieccy zastrzelili doktor Hannę Petrynowską „Ranę”, która była organizatorką punktu opatrunkowego, sanitariuszki i 30 ciężko rannych powstańców. Nie ustalono dotychczas miejsca pochowania „Rany”, jest jedynie grób symboliczny.
– To było tak tragiczne zakończenie, że aż trudno wspominać. Wtedy nie byłyśmy z mamą w tym szpitalu. Miałyśmy dyżury na barykadach. Może dzięki temu przeżyłyśmy – mówi Barbara Wilczyńska-Sekulska.
Powstanie nie było dla ludzi słabych
Sanitariuszki wspominają, że szczególnie dramatyczny był koniec powstania, kiedy brakowało środków opatrunkowych, leków, a nawet wody do umycia rąk przed zabiegiem. Jednocześnie rannych przybywało lawinowo.
– Nie nadążaliśmy opatrywać rannych ani grzebać zmarłych. Czasami widzieliśmy, że człowiekowi nie można już pomóc, ale nie naszym zadaniem było o tym decydować, ratowaliśmy do końca, przenosiliśmy do szpitala, chociaż można było tylko złagodzić ból albo być z nim przed śmiercią – wspomina Maja Galica-Zarembina.
Na ich rękach umierali przyjaciele. Maja Galica-Zarembina pamięta ich wielu, np. kolegę z plutonu o pseudonimie „Zabawa” – spokojny, pogodny, pięknie grał na gitarze modną wtedy piosenkę „Deszcz, jesienny deszcz”. Powiedział łączniczce Mai o trapiącym go przeczuciu, że dziś umrze. Nie wierzyła. Kiedy zaryczała „krowa” – rodzaj granatnika, liczyło się do siedmiu i należało się szybko schować lub paść na ziemię. Po wybuchu wszyscy się zerwali, a on leżał nadal. Nie było widać śladów obrażeń, poza małym otworem w głowie. Na noszach zanieśli go do szpitala polowego. Nie odzyskał przytomności, ale liczyło się, że nie umierał sam, gdzieś pod gołym niebem. Około połowy członków IV plutonu, do którego należała, nie przeżyło powstania.
„To bardzo trudne… Ponieważ to wszystko byli koledzy (…). Powstanie nie było dla ludzi słabych, nie można było powiedzieć, że nie można na kogoś patrzeć. Jeśli nie możesz patrzeć, to się trzeba schować i przestać brać w tym udział.
Pod koniec powstania jeden z kolegów został ranny w brzuch. Przyszedł do piwnicy, w której myśmy mieszkali, i raptem zaczął zdejmować pas. Wszyscy mówią: «Co ty robisz?». On mówił: „«Bo ja jestem ranny w brzuch. No tu mnie przed chwilą postrzelono». Ale przyszedł na własnych nogach. Został zabrany na noszach i przeniesiony do blaszanki – szpitalika, który wtedy jeszcze istniał. Prowadziłam kolegów, którzy go nieśli, przenieśliśmy go na coś w rodzaju łóżka – taki stół. Dotarłam do lekarza, którego pytam: «No, ale to znaczy, że będzie operowany?». On mówi: «Proszę pani, nie będzie. Nie będzie, moje dziecko, dlatego że my nie mamy kropli wody». Było wiadomo, że to jest nasze pożegnanie z tym kolegą, że będzie dostawał leki uśmierzające, ale że właściwie był skazany, dlatego że już nie było wody. Ginęli ludzie, którzy szli po wodę (…)” – relacjonowała Maja Galica-Zarembina dla Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego.
Medycyna lekarstwem na bezradność
Maja Galica-Zarembina z powstania pamięta bezradność, na przykład gdy widziała chłopaka biegającego z rozległą zgorzelą ręki. Prosił, żeby ktoś mu ją amputował, ale pod koniec powstania na Czerniakowie nie było już lekarzy, jedynie ksiądz, którego później Niemcy powiesili. A żadna z sanitariuszek nie miała umiejętności i warunków do przeprowadzenia takiej operacji.
– Zostałam chirurgiem, bo uważam, że nie ma nic ważniejszego niż ratowanie ludzkiego życia. W powstaniu wiele razy czułam potworną bezsilność, że czegoś nie umiem zrobić, nie jestem w stanie pomóc – wspomina Maja Galica-Zarembina.
Warszawa była zniszczona, a ona nie chciała czekać, aż podniesie się z gruzów. Studia medyczne zaczęła na UM w Lublinie, potem przeniosła się do Poznania, gdzie mieszkali jej dziadkowie. Do Warszawy wróciła zaraz po studiach. Większą część swojego zawodowego życia związała z Oddziałem Urologii, którym kierował prof. Tadeusz Krzewski ze szpitala Orłowskiego.
– Bardzo lubiłam leczyć ludzi, lubiłam operować. Praca dawała mi ogromną satysfakcję – mówi Maja Galica-Zarembina.
Barbara Wilczyńska-Sekulska do eksternistycznej matury przygotowała się w domu, z profesorami, których ściągnął ojciec. Zaraz po wojnie szkoły były zniszczone, a ona od rodziców wciąż słyszała, że trzeba się uczyć. Maturę zdała we wrześniu 1945 roku (trzynaście przedmiotów ustnych w ciągu jednego dnia), a w październiku zaczęła studia medyczne w Łodzi, na kierunku stomatologicznym.
– Wykłady mieliśmy w halach fabrycznych. Wszystko własnymi rękoma urządzaliśmy, bo przecież w Łodzi nie było wyższych uczelni przed wojną. Na ostatnim roku wyszłam za mąż za kolegę ze studiów. Gdy w 1949 roku dostałam absolutorium, jeszcze bez dyplomu wróciłam do Warszawy. Zaczęłam pracę w zakładzie chirurgii stomatologicznej przy ul. Mariańskiej 1, potem ją zmieniałam, ale zawsze byłam w Śródmieściu, z którym jestem związana od dziecka – mówi Barbara Wilczyńska-Sekulska.
Siostry i bracia
Podczas przysięgi AK Eleonorze Galicy-Zarembinie nadano pseudonim „Maja”. Nikt sobie ich nie wybierał, nikt też nie protestował. Po wojnie wszyscy mówili do niej Maja w przekonaniu, że to jej imię. Nawet rodzina z czasem przestała używać imienia Eleonora, które zostało jedynie w dokumentach. A ona nie wyprowadzała z błędu, bo przede wszystkim nie chciała tłumaczyć się z konspiracyjnego pseudonimu.
– W komunistycznej Polsce nie obnosiliśmy się ze swoją AK-owską przeszłością, bo za to szło się do więzienia. Poza tym bardzo lubię to imię, ono jest ważną częścią mojej tożsamości – mówi Maja Galica-Zarembina.
Wiele kontaktów po wojnie pourywało się, wielu odnalazło się dopiero po latach. Jak wtedy, kiedy po stłuczce samochód odstawili do warsztatu. Czekała z mężem na kierownika, który miał ocenić, czy uda się go naprawić. Kiedy przyszedł, rzucili się sobie na szyję. Od razu poznała kolegę z plutonu. Do dziś grywają w brydża. Albo inny przykład: „Bardzo śmiesznie – w moim własnym mieszkaniu. Siedzieliśmy z mężem i porządkowaliśmy książki. Przyszedł mąż mojej kuzynki, nie pamiętam po co. Wszedł i ja mówię: «No to wobec tego wejdź, Zygmunt, siądź. Wypijesz jakiejś kawy, herbaty?». «A ja nie mogę, bo mój kuzyn czeka na dole». «To kuzyna weź i zaproś do góry». Siedliśmy przy kawie, rozmawiamy – on się oczywiście przedstawił: «Prądzyński» , ale nic mi to nie powiedziało. W pewnej chwili mowa, że on jest Olgierd (…). W tym momencie jego oczy się otwierają i krzyczy: «Maja?!»” – wspomina w 2008 roku Maja Galica-Zarembina dla Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego.
– Z niektórymi mogę nie widzieć się latami, ale jeden telefon uruchamia pomoc. Jak wtedy, kiedy syn powstańca stracił dłoń i trzeba było sprowadzić z zagranicy odpowiednią protezę. My, którzy przeżyliśmy powstanie, jesteśmy bardzo zżyci – mówi Maja Galica-Zarembina.
Barbara Wilczyńska-Sekulska, kiedy po 1989 roku zaczęły tworzyć się organizacje AK-owskie, została sekretarzem w zarządzie, a od czterech lat jest prezesem Ogólnokrajowego Środowiska Batalionu „Kiliński” Światowego Związku Żołnierzy AK. Z roku na rok jest ich coraz mniej.
– Z całego batalionu zostało nas już może ze 100. A i to nie wszyscy mają siłę wyjść z domu. Zastanawialiśmy się nawet, czy się nie rozwiązać, ale póki żyjemy, utrzymujemy ze sobą jakąś łączność – mówi Barbara Wilczyńska-Sekulska.
Następny artykuł: