Prawo

Uwaga! Podejrzane propozycje

Krzysztof Izdebski

Rzecznik praw lekarza Kujawsko-Pomorskiej Okręgowej Izby Lekarskiej w Toruniu

„Lepszą częścią odwagi jest ostrożność”

William Shakespeare

Lekarz Roku

Dr Aniela J., lekarz internista, z dużego nadmorskiego miasta odrobinę się zdziwiła, gdy odebrała na poczcie korespondencję. Na kopercie jako nadawca oznaczona została nieznana jej bliżej instytucja o nazwie Kapituła Konkursu „Lekarz Roku”. Jeszcze większe zdziwienie pani Anieli – wypada dodać, że zmieszane z odrobiną satysfakcji – wywołała treść pisma, w którym dużymi literami, ozdobną czcionką zakomunikowano, że została uznana za lekarza mijającego właśnie roku. Radość z faktu docenienia pracy zawodowej mąciły przebłyski wątpliwości, że dziwny to konkurs, do którego pani Aniela nigdy się nie zgłaszała ani o nim nie słyszała.

Wątpliwości nasiliły się, kiedy przeczytała załączoną informację (o wiele mniejszą czcionką). Jednoznacznie wskazywała ona, iż aby otrzymać stosowny dyplom, potwierdzający zdobycie tytułu, należy wpłacić na rzecz podmiotu organizującego konkurs 340 zł. W celu ułatwienia laureatom wykonania tego zadania nadawca dołączył wypełniony już przekaz pieniężny. W tym momencie pani Aniela zadała sobie pytanie: Czy czasem ktoś nie próbuje wyłudzić ode mnie pieniędzy?

Sytuacji takich jak opisana powyżej jest więcej. Wielu lekarzy otrzymuje informacje, że zostali uhonorowani nagrodą (lub tytułem) w konkursie czy plebiscycie, w którym nigdy nie zgłaszali chęci uczestnictwa. Przekazanie nagrody, którą stanowi zwykle wydrukowany na ozdobnym papierze dyplom, następuje po uiszczeniu przez lekarza wpłaty określonej kwoty, zazwyczaj jest to ok. 300 zł. Informacja załączona do tej korespondencji wskazuje, że przyznana nagroda ma charakter komercyjny, i odsyła do regulaminu znajdującego się na stronie internetowej organizatora konkursu. Jeśli zadamy sobie trud prześledzenia zapisów takich regulaminów, szybko stwierdzimy, że całe przedsięwzięcie ma czysto komercyjny aspekt, a podmiot organizujący konkurs jest zwykłym przedsiębiorcą, którego celem jest osiągnięcie zysku. Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, zyskiem tym jest nasza wpłata, którą uiścimy, chcąc odebrać potwierdzenie przyznania nagrody.

Rodzi się pytanie, czy tego rodzaju działalność można zakwalifikować jako przestępstwo oszustwa, a co za tym idzie – ścigać organizatorów takiego procederu w oparciu o przepisy Kodeksu karnego. Czujemy, że korespondencja ma na celu wprowadzenie nas w błąd i wyłudzenie pieniędzy w zamian za uzyskanie dyplomu bądź innego lauru. Ocenę prawnokarną komplikuje sytuacja, że (pomimo iż małym drukiem i najczęściej na osobnej kartce) nadawca informuje o komercyjnym charakterze przedsięwzięcia i wskazuje na możliwość zapoznania się z ogólnodostępnym regulaminem konkursu. Tego rodzaju zachowanie oczywiście jest celowe, nakierowane na to, aby uniemożliwić postawienie organizatorowi zarzutów o charakterze karnym.

Najbardziej skuteczną bronią jest w tym wypadku rozwaga i ostrożność, która powinna ze szczególną siłą pojawiać się w sytuacji, gdy ktoś oferuje nam pewną rzecz i jednocześnie żąda uiszczenia określonej opłaty. Należy także zwrócić uwagę, iż zgodnie z zapisami Kodeksu Etyki Lekarskiej niedozwolona jest każda forma reklamy zawodowej działalności lekarza. Uczestnictwo zatem w czysto komercyjnych przedsięwzięciach, jakimi są różnego rodzaju nagrody, laury itp., za których otrzymanie świadomie płacimy, po to aby reklamować własną działalność, może nas zaprowadzić do rzecznika odpowiedzialności zawodowej.

Żądanie zapłaty za niezamówioną usługę

Zdarzają się sytuacje, w których lekarze otrzymują telefony od firm zajmujących się reklamą internetową gabinetów lekarskich z informacją, że skończył się okres bezpłatnej usługi i wobec niewypowiedzenia umowy przez lekarza żądają zapłaty określonej kwoty (najczęściej ok. 300 zł).

Pytanie, które się pojawia, brzmi: Czy faktycznie rozmawialiśmy w sprawie reklamy gabinetu? A jeśli tak, to czy godziliśmy się na usługę, o której mówi nasz rozmówca?

W tego rodzaju sytuacjach mogą się pojawić dwie możliwości – mogło być tak, że faktycznie odbyliśmy kiedyś rozmowę telefoniczną z przedstawicielem firmy, która zajmuje się reklamą, i zgodziliśmy się, aby działalność naszego gabinetu była przedmiotem reklamy (w tym miejscu subtelnie przemilczmy poprawność takiego zachowania w kontekście zapisów Kodeksu Etyki Lekarskiej); kolejna możliwość jest taka, że nie rozmawialiśmy nigdy na temat reklamy gabinetu, a nawet jeśli kiedyś do takiej rozmowy doszło, nie zgadzaliśmy się na świadczenie na naszą rzecz jakiejkolwiek usługi. Jeśli zajdzie pierwsza z opisanych możliwości, niestety nie mamy zbyt wielkiego wyboru. Musimy zacisnąć zęby i zapłacić za usługę, którą zamówiliśmy. Więcej możliwości mamy wówczas, gdy jest to przypadek opisany jako opcja druga.

Należy w tym miejscu nadmienić, że od 25 grudnia 2014 roku, kiedy weszła w życie ustawa z 30 maja 2014 roku o prawach konsumenta, przedsiębiorca kontaktujący się z konsumentem przez telefon w celu zawarcia umowy na odległość ma obowiązek na początku rozmowy poinformować o tym celu, a ponadto podać dane identyfikujące przedsiębiorcę oraz dane identyfikujące osobę, w której imieniu telefonuje. Jeżeli przedsiębiorca proponuje konsumentowi zawarcie umowy przez telefon, ma obowiązek potwierdzić treść proponowanej umowy na papierze lub innym trwałym nośniku. Oświadczenie konsumenta o zawarciu umowy jest skuteczne, jeżeli zostało utrwalone na papierze lub innym trwałym nośniku po otrzymaniu potwierdzenia od przedsiębiorcy (art. 20 ustawy).

Jak zachować się zatem w sytuacji, gdy zadzwoni do nas ktoś z firmy, żądając zapłaty za niezamówioną (zgodnie z naszą wiedzą) usługę? Schemat zachowania można w takiej sytuacji sprowadzić do kilku krótkich punktów:

  • Jeśli nie mamy pewności, czy odbyła się rozmowa telefoniczna (tym bardziej jeśli jesteśmy pewni, że rozmowy takiej w ogóle nie było), w której trakcie zgodziliśmy się na warunki zaproponowanej nam oferty, twardo i konsekwentnie żądajmy okazania nam dowodu – będzie to najczęściej zapis rozmowy telefonicznej. Firma może nam go przesłać mailowo w pliku audio.
  • Jeśli firma nie będzie chciała takiego dowodu przedstawić, może to oznaczać, że takim nagraniem nie dysponuje, a co za tym idzie – nie będzie w stanie wygrać ewentualnej sprawy sądowej.
  • Pamiętajmy, iż w razie sprawy sądowej ciężar udowodnienia zawarcia umowy obciąża firmę, która twierdzi, że zamówiliśmy daną usługę. Mówiąc krótko – brak dowodu zawarcia umowy to jej zmartwienie.
  • I rzecz najistotniejsza – gdy mamy wątpliwości, czy doszło do zawarcia umowy, nie płaćmy dla „świętego spokoju”. Raz opłacona faktura wróci do nas niczym bumerang, oznacza bowiem nasze potwierdzenie, iż zgodziliśmy się na świadczenie określonej usługi.

Opłata za miejsce w rejestrze świadczeniodawców leczniczych

Coraz więcej lekarzy prowadzących praktykę zawodową otrzymuje korespondencję, która zawiera żądanie uiszczenia opłaty rejestracyjnej w związku z prowadzoną praktyką lekarską i umieszczeniem tej praktyki w rejestrze przedsiębiorców – „świadczeniodawców leczniczych”. Autorami takich pism są najczęściej podmioty, których nazwa sugeruje, że zajmują się prowadzeniem rejestru przedsiębiorców. Gdy dokładnie wczytamy się w treść korespondencji, dojdziemy do wniosku, iż mamy do czynienia z przedsięwzięciem komercyjnym, a treść korespondencji możemy zdefiniować jako ofertę handlową. W tym miejscu w ślad za Naczelną Izbą Lekarską warto przypomnieć, że opłaty związane z zarejestrowaniem praktyki lekarskiej ponoszone są na rzecz organu prowadzącego rejestr praktyk zawodowych, tj. właściwej okręgowej rady lekarskiej, i nie ma prawnego obowiązku ponoszenia jakichkolwiek dodatkowych opłat w związku z tą rejestracją.

Funkcja ordynatora za 500 tys. zł

Na zakończenie warto przytoczyć – wcale nie ku pokrzepieniu serc – kolejny przykład z życia wzięty, który wskazuje, że powinniśmy uruchomić pokłady najwyższej czujności, gdy ktoś roztacza przed nami wspaniałe perspektywy – z tym zastrzeżeniem, że musimy wyłożyć najpierw pieniądze, aby się ziściły. Przykład ten pokazuje również, iż żerowanie na ludzkiej naiwności (ktoś nazwie to: „specyficzna operatywność”) nie jest jedynie naszą, polską specjalnością.

Na Śląsku policja zatrzymała 34-letniego studenta medycyny z Arabii Saudyjskiej. Stwarzał pozory osoby zamożnej – mającej dużo kontaktów w świecie biznesu. Obietnicami o swoich finansowych możliwościach pomnożenia kapitału skusił jednego ze śląskich lekarzy. 34-latek obiecał, że kupi szpital w Katowicach, stworzy tam oddział kardiologii, na którym lekarz zostanie ordynatorem. Lekarz uwierzył w obietnice studenta i w ciągu kilku miesięcy przekazał mu w sumie ponad 0,5 mln zł. Pieniądze miały być przeznaczone „na poczet przyszłych inwestycji i stanowiska”. Studentowi postawiono zarzut przywłaszczenia pieniędzy oraz gróźb karalnych, ponieważ gdy lekarz zorientował się, że wizje Saudyjczyka należy traktować jako co najwyżej literacką fikcję, zażądał zwrotu pieniędzy. Wtedy usłyszał pod swoim adresem groźby. Pieniędzy nie odzyskał.