Kontrowersje

By chcieli zgłaszać zdarzenia niepożądane

O korzyściach i trudnościach związanych z monitorowaniem zdarzeń niepożądanych z dr. n. med. Adamem Borowiczem, dyrektorem Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 1 w Lublinie, rozmawia Monika Stelmach

MT: Projekt ustawy o jakości w ochronie zdrowia i bezpieczeństwie pacjenta zakłada m.in. wprowadzenie systemowego monitorowania zdarzeń niepożądanych przez wszystkie szpitale. Dziś prowadzą je tylko akredytowane, nieliczne placówki. Jakie korzyści może przynieść proponowane rozwiązanie?


Dr Adam Borowicz:
Monitorowanie zdarzeń niepożądanych służy przede wszystkim przeprowadzeniu analizy źródłowej (root cause analysis – RCA). To pozwala odpowiedzieć na pytania, co i dlaczego się wydarzyło, czy można było temu zapobiec i co należy zrobić, żeby podobne przypadki nie powtarzały się w przyszłości. Z założenia ma to prowadzić do podnoszenia jakości usług. Myślę, że po 16 latach funkcjonowania szpitala zgodnie ze standardami akredytacyjnymi pacjenci mogą się czuć u nas bezpiecznie.


MT: Ministerstwo Zdrowia liczy też na wymierne efekty finansowe. Szacuje, że możliwe jest zmniejszenie liczby zdarzeń niepożądanych o ok. 2,5 proc. w skali roku. Roczne oszczędności dla NFZ z tego tytułu mają wynieść ok. 57,4 mln zł, a dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych ok. 2,2 mln zł.


A.B.:
Trudno mi się odnieść do tych wyliczeń. Z pewnością monitorowanie zdarzeń niepożądanych i podejmowanie działań zapobiegawczych w dłuższej perspektywie jest tańsze niż naprawa szkód: leczenie powikłań lub wypłaty odszkodowań z tytułu błędów lekarskich. Jednak żeby było to możliwe, należy uczciwie prowadzić rejestry, a dziś robią to jedynie placówki podlegające akredytacji. Jest ich w Polsce niewiele – ok. 230, czyli jedna czwarta szpitali. Natomiast nie wiemy, co dzieje się w tej kwestii w pozostałych ośrodkach. Uregulowania na szczeblu krajowym są bardzo potrzebne.


MT: Dlaczego dotychczas tylko jedna czwarta szpitali prowadzi takie rejestry, skoro przynoszą tyle korzyści?


A.B.:
Są trzy zasadnicze powody. Pierwszy: problem jest za mało nagłośniony. Drugi: nie idą za tym środki finansowe. Decydując się na akredytację i monitorowanie zdarzeń niepożądanych, liczyliśmy na wyższy kontrakt. Wprowadzamy procedury bezpieczeństwa, podnosimy jakość usług medycznych, ale to wszystko wymaga ogromu pracy i pociąga za sobą koszty. Muszę zatrudniać dodatkowe osoby, które zajmują się zbieraniem, analizowaniem i przygotowywaniem raportów, przeprowadzaniem audytów, współpracą z zespołem. Od 15 lat słyszymy zapowiedzi, że zostanie to uwzględnione podczas kontraktowania, ale jak dotąd to są tylko obietnice. Szpitale, które nie wprowadziły rejestrów, mają dziś o tyle lepszą sytuację finansową, że nie ponoszą kosztów związanych z akredytacją. Poza tym zgłaszanie zdarzeń niepożądanych wciąż jest negatywnie odbierane przez personel medyczny. Wynika to z obaw, że ujawnienie nieprawidłowości będzie się wiązało z karami, żądaniami odszkodowań albo utratą pracy. Takie przekonanie pokutuje od lat. Niezwykle trudno pokonać tę barierę.