Dostęp Otwarty

Felieton

Co gryzie profesora Wciórkę?

Prof. dr hab. med. Jacek Wciórka

Small 4119

Na świecie w tekstach dotyczących lecznictwa psychiatrycznego powoli zanika słowo pacjent. W wielu krajach w zasadzie zanikło. To zastanawiający proces. Dlaczego pacjenci coraz częściej nie chcą być pacjentami i godzą się lub nawet domagają, by traktować ich inaczej, na przykład jako klientów, użytkowników czy beneficjentów? Dlaczego subtelna relacja – między cierpiącym pacjentem a pomocnym lekarzem – wymagająca i rządzona moralnym imperatywem pomagania i miłości (caritas) zastępowana jest lub miałaby być innymi relacjami rządzonymi odmiennymi z litery i ducha imperatywami mecenatu, umowy cywilnej czy projektu publicznego? Czy dlatego, że tu i ówdzie zanika rola sumienia, a subtelna relacja, szczególnie ważna w obcowaniu z pacjentem cierpiącym z powodu kryzysu psychicznego, przeistacza się w dziką lub legalizowaną uzurpację albo instytucjonalną bezduszność? I często rodzi protest wyrażony w postawach osób czujących się ocalonymi z psychiatrii (psychiatry survivors) czy doświadczonymi przez nią (Psychiatrie-Erfahrene)?

Czy w opiece psychiatrycznej w Polsce, w złożonej i realnie trudnej sytuacji, gdy – zrządzeniem możnych i zadufanych, lecz władnych – przychodzi nam często leczyć chorych w warunkach o najniższych standardach, które przydają im zbędnych cierpień, ograniczają skuteczność leczenia i mnożą straty, mamy obowiązek uznawania zgniłych, lecz skutecznie wymuszanych i gwałcących sumienie kompromisów (nazywanych kontraktami, gwarancjami, warunkami, zarządzeniami, rozporządzeniami), czy zachowamy prawo do innych reakcji?

Jak dalece można zajść, zastępując lekarskie sumienie regulacjami stanowionymi przez organy i gremia?

Psychiatria przeszła przez swoją smugę cienia niespełna sto lat temu, gdy określenie „życie niegodne życia” otworzyło sterowanym z zewnątrz psychiatrom niemieckim drogę do współdziałania w planowanej eksterminacji osób niepełnosprawnych i chorych psychicznie. Kilkaset tysięcy osób w samych Niemczech, w Austrii oraz na terenach okupowanych, dla higieny rasowej i oszczędności zagazowanych, zatrutych lub zagłodzonych w ośrodkach „łaskawej śmierci”, albo po prostu rozstrzeliwanych nad bezimiennymi dołami. Przy oklaskach sprzedajnych sędziów, żurnalistów, księgowych i moralistów, w rytm wybijany przez urok panującej ideologii. Wielu twierdzi, że ta zbrodnia długo nie doczekała się w Niemczech prawdziwego napiętnowania ani właściwej kary. Lekarze nadal leczyli, sędziowie orzekali, żurnaliści pisali, księgowi liczyli, a moraliści subtelnie cieniowali poglądy. A ofiary? Milczały, czekając na sprawiedliwych. Pojawili się w końcu, ale jakoś nieliczni i z trudem szukający zrozumienia oraz szacunku dla swych racji i wartości. Postawiono pomniki, napisano książki – ale czy świat dookoła zrozumiał, że nie ma wagi do odważania wartości życia i zdrowia?

Boję się, że współczesne pomieszanie aksjologiczne sprawia, iż słowa ważą jakby jeszcze mniej i jakby łatwiej zmieniać ich znaczenie oraz wartość. Można odbieranie życia nazwać jego terminacją, a nakłanianie do samobójstwa i współudział w nim – asystowaniem. Można zastępować lekarską wrażliwość uzgodnieniami ustawy, rozporządzenia lub choćby eksperckiego standardu, ukrywać dylematy leczenia za koszykiem świadczeń gwarantowanych, a rozterki sumienia znieczulać zapisami kontraktu i warunkami realizacji świadczeń. Polegać raczej na załącznikach do rozporządzeń niż na badaniu sumienia.

Czy dlatego w sytych społeczeństwach narasta przyzwolenie na odsuwanie trudnych wyzwań i eliminowanie niewygodnych cierpień w cień „godnej śmierci”? Czy dlatego groźba nadużyć i sprzeniewierzeń narasta? Czy dlatego można uważać drogę do deprawacji lekarskiego sumienia za otwartą?

Czy dlatego tłum sprzedajnych znów oklaskuje, a upiory ideologii coraz głośniej bębnią?