Pytania do konsultanta

Kiła w natarciu – Polska zaskoczona

O tym, jak zmiana obyczajów seksualnych wpływa na epidemiologię kiły, oraz o nowych wytycznych dotyczących leczenia tej choroby z prof. dr hab. med. Anną Wojas-Pelc, małopolskim konsultantem w dziedzinie dermatologii i wenorologii oraz kierownikiem Katedry i Kliniki Dermatologii CM UJ, rozmawia Iwona Dudzik

MT: Alarmuje pani o braku penicyliny do leczenia pacjentów z kiłą. Czym ta sytuacja jest spowodowana?

Prof. Anna Wojas-Pelc: Penicyliny benzatynowej brakowało w aptekach od początku roku. Podobno ktoś z pracowników z uprawnieniami decyzyjnymi w Ministerstwie Zdrowia skreślił ją z listy leków zamawianych z importu. Sytuacja była dramatyczna, bo wyczerpaliśmy zapasy, a penicylina benzatynowa jest jedynym rekomendowanym lekiem w standardach zarówno polskich, jak i amerykańskich oraz europejskich. Na szczęście po publikacjach prasowych sytuacja się poprawiła i lek jest znowu dostępny.


MT: Dermatolodzy protestują przeciwko nieprzestrzeganiu zapisów ustawy o chorobach zakaźnych, zgodnie z którą leczenie kiły i rzeżączki w Polsce jest bezpłatne. W jaki sposób to co bezpłatne nagle staje się płatne?


A.W.-P.:
Kiła i rzeżączka są umieszczone na liście chorób zakaźnych wraz z 58 innymi chorobami, np. gruźlicą. Oznacza to, że niezależnie od tego, czy pacjenci są ubezpieczeni, czy nie, są przyjmowani w placówkach publicznych bezpłatnie, mają również zapewnione bezpłatne badania diagnostyczne.

Ale jeśli chodzi o leki, pojawia się niekonsekwencja. Pacjenci z gruźlicą otrzymują receptę na leki bezpłatne, natomiast leczeni z powodu kiły lub rzeżączki otrzymują receptę na lek płatny. Jest więc rozbieżność między traktowaniem pacjentów wenerologicznych i pulmonologicznych. Uważam, że Ministerstwo Zdrowia powinno wyeliminować tę rozbieżność. Pacjenci wenerologiczni powinni otrzymywać bezpłatnie penicylinę lub antybiotyki stosowane w leczeniu innych chorób wenerycznych, np. rzeżączki, tak samo jak to jest w przypadku pozostałych chorób zakaźnych.


MT: Zabiega pani o reaktywację poradni wenerologicznych, jednak bezskutecznie. Dlaczego mimo braku poparcia dla tego pomysłu dermatolodzy nie ustępują?


A.W.-P.:
Z prozaicznych powodów. Do dermatologów od trzech lat obowiązują skierowania, natomiast do wenerologów nie. Tymczasem NFZ nie kontraktuje usług wenerologicznych i dermatologicznych oddzielnie. Również jeśli chodzi o specjalizację, dermatolog i wenerolog nie funkcjonują oddzielnie, zgodnie z polskimi przepisami jest to ten sam specjalista.

Powstaje kłopot, bo nie ma już, jak dawniej, oddzielnej rejestracji dla pacjentów wenerologicznych. Rejestrując się do specjalisty, pacjent z problemem wenerologicznym stoi w tej samej kolejce co inni pacjenci dermatologiczni. A ponieważ powinien być przyjęty przez lekarza bez kolejki, rejestratorka musi go dopytać o szczegóły. Rozmowę tę zwykle słyszą inni pacjenci i często jest to temat do dyskusji w zazwyczaj długiej kolejce, ponieważ pozostali pacjenci musieli wcześniej zgłosić się do lekarza rodzinnego po skierowanie i mają wyznaczone odległe terminy.