MT: Czy pod wpływem argumentów przeciwników szczepień polscy lekarze zmienili swoje podejście do szczepień?
Dr hab. Włodzimierz Gut: Niektórzy lekarze podchwycili tezy głoszone przez ruchy antyszczepionkowe i publicznie opowiadają bajki o szkodliwości szczepień. Jestem tym zaniepokojony, bo odbija się to już w statystykach dotyczących osób niezaszczepionych. Ich liczba praktycznie podwaja się co roku i wynosi obecnie 12 tys. Dwa lata temu było to 5 tys. osób. Dzieci, nie licząc niewielkich
wahań, rodzi się z każdym rokiem mniej, więc liczby powinny spadać.
MT: Rodzice i lekarze coraz częściej uważają, że mówiąc kolokwialnie, ze szczepieniami lepiej się nie spieszyć.
W.G.: Czekać ze szczepieniami to jak obserwować czyrak, gdy rośnie, zamiast od razu go przeciąć. System szczepień to maszyna, w której wszystkie trybiki powinny sprawnie chodzić. Pacjent musi być zdrowy i zaszczepiony we właściwym czasie. Szczególnie wymagające pod tym względem są szczepionki żywe, np. na odrę, mimo że przeciwciała matki chronią dziecko tylko do pół roku, nie szczepimy przed 13. m.ż., bo układ immunologiczny nie jest do tego przygotowany. Czasem z przyczyn medycznych nie można zaszczepić dziecka akurat w tym terminie i powstają opóźnienia. Częściej jednak wynikają one z nieuzasadnionego niepokoju rodziców. Uważają oni, że kiedy dziecko będzie starsze, lepiej zareaguje na szczepienie. Oczywiście, starsze dziecko odpowie lepiej, ale stanie się to kosztem zwiększonego ryzyka rozprzestrzeniania się wirusa, spowodowanego większą liczbą osób niezaszczepionych. Przy odrze, która jest niezwykle zaraźliwa, wystarczy niewielka liczba osób niezaszczepionych (mniej niż 5 proc. społeczeństwa), by choroba mogła się rozprzestrzeniać.
MT: Czy zmniejszona liczba szczepień wpłynęła na liczbę zachorowań?
W.G.: Obecnie w większości państw zaszczepionych jest średnio 70 proc. ludzi. W Polsce od 1980 roku nigdy nie było mniej niż 90 proc. To za mało, dlatego co jakiś czas na świecie i w Polsce przechodzą fale epidemii. Do nas przeważnie choroby zawlekają mniejszości etniczne, tak było dwa lata temu w przypadku odry.
Mnie te epidemie okropnie denerwują. Już w latach 90. WHO podjęła decyzję o całkowitym wyeliminowaniu odry do 2010 roku, podobnie zresztą miało się stać z polio. Gdyby te plany się powiodły, moglibyśmy całkowicie zapomnieć o tych chorobach i szczepionkach przeciwko nim, tak jak w 1980 roku zapomnieliśmy o prawdziwej ospie.
Byliśmy blisko, np. w USA w latach 90. udało się zmniejszyć liczbę zachorowań do maksymalnie sześciu w roku, nie licząc zakażeń poza granicami lub osób przyjeżdżających. Teraz tamtejsi lekarze znowu mocno się denerwują, bo mają do czynienia z powrotem nie tylko odry, ale całej serii chorób zakaźnych.
MT: To w dużej mierze skutek działania ruchów antyszczepionkowych?
W.G.: Oczywiście. W przypadku polio natomiast podczas szczepień w Nigerii lokalny duchowny stwierdził w tamtejszym radiu, że pod pozorem szczepień Zachód chce sterylizować muzułmanów. To spowodowało gwałtowne załamanie się systemu szczepień w krajach afrykańskich. W dalszym ciągu fundamentaliści krytykują szczepienia. W efekcie wróciliśmy do punktu sprzed wielu lat. Jest nawet gorzej niż kiedyś. Bo kiedy choroby nie było przez dłuższy czas, zaczęto lekceważyć realne zagrożenie.
Polio, odra, różyczka, świnka – te wirusy nadają się do tego, aby je raz na zawsze wykreślić z listy występujących w populacji. A ciągle są.
Pojawienie się liczniejszej grupy osobników niezaszczepionych, wrażliwych na wirus, powoduje, że nie tylko narażamy tych, którzy nie mogą być zaszczepieni. Odra staje się chorobą ludzi starszych, tymczasem im osoba jest starsza, tym gorzej przechodzi odrę.
MT: Zarzucają wam: „Szczepicie, szczepicie, a nie ma efektu”.
W.G.: Efekt jest, bo zaczynaliśmy od 200 tys. zachorowań na odrę, a obecnie uważamy, że jest bardzo źle, gdy liczba zachorowań przekracza setkę.
MT: Przeciwnicy szczepionek najbardziej krytykują szczepionki żywe, DTP i MMR. Mówią, że mogą one uszkadzać układ immunologiczny, wręcz wywoływać takie choroby jak zapalenie opon mózgowych, zamiast chronić.
W.G.: Szybko zapomnieli, jak wiele im zawdzięczają. Ja te szczepionki nazywam „przyspieszaczami procesu ewolucji”. Zastępujemy mocnego wirusa słabym, a potem ten słaby możemy całkowicie wycofać. W procesie ewolucji zajmuje to setki lat. Szczepionki mogą to uczynić znacznie szybciej. Tak właśnie stało się z ospą, która zniknęła. A przecież pomogła w tym najbardziej reaktywna szczepionka, którą wymyślono. Wywoływała ona mnóstwo powikłań. To pewne, że gdybyśmy dzisiaj nią szczepili, mielibyśmy parę tysięcy zgonów.
MT: Nikt by dziś się na to nie zgodził.
W.G.: Ale wtedy każdy wolał być zaszczepiony i mieć komplikacje, niż zachorować.
To jest ciekawy problem: co by się stało, gdyby ktoś dzisiaj wypuścił ospę? Można się pocieszać tylko tym, że zarówno objawy ospy, jak i eboli pojawiają się od razu. Tymczasem odra jest wredna, bo nie wiadomo, że osoba już choruje i zaraża.
MT: Jednak przeciwnicy szczepień przypominają, że w Anglii były miasta, gdzie szczepień nie było, a choroba zniknęła. I przeciwnie.
W.G.: Z reguły po epidemii ludzie nie chorują lub chorują tylko nieliczni. Jest to wynik wyeliminowania populacji wrażliwej albo przez wyzdrowienie, albo przez zgon.
MT: Krytycy szczepień twierdzą wręcz, że chorujemy mniej nie dzięki szczepieniom, tylko osiągnięciom cywilizacji: czystej wodzie, higienie, lepszemu odżywianiu.
W.G.: Właściwe odżywianie i nawyki higieniczne mogą wzmocnić organizm i dać mu szanse przeżycia zakażenia lub zmniejszyć jego prawdopodobieństwo, ale nie chronią przed rozwojem choroby w zakażonym organizmie – to robi wyłącznie uodpornienie czynne.
MT: Guru ruchów antyszczepionkowych, neurobiolog prof. Maria Dorota Majewska twierdzi, że szczepionki odpowiadają za autyzm.
W.G.: Jakie ma podstawy do takich twierdzeń? Wygłasza publicznie teorię o autyzmie z 1998 roku, która już dawno upadła. Artykuł Andrew Wakefielda, który wywołał to wielkie zamieszanie, został usunięty z „Lancetu”. Okazało się bowiem, że autor tendencyjnie selekcjonował dane, bo zamierzał wywołać szum i zbić fortunę na udziałach w firmach, które miały produkować alternatywne szczepionki. Twierdził on, że objawy autyzmu pojawiły się po podaniu szczepionki MMR. Tymczasem o autyzmie wiadomo, że powstaje w okresie życia płodowego.
MT: Przeciwnicy szczepień uważają, że padł ofiarą nagonki firm farmaceutycznych.
W.G.: Teoria spiskowa.
MT: Prof. Majewska osobiście prowadziła badania na szczurach, którym podawano rtęciowy związek tiomersal, konserwant zawarty w szczepionkach. U szczurów wystąpiły neurorozwojowe anomalie. Z kolei badania dzieci autystycznych przeprowadzone przez nią wykazały pośrednio, że dzieci te mają niewydolne mechanizmy eliminowania rtęci z tkanek, przez co związek ten bardziej im szkodzi. Zatrucie szczepionkową rtęcią jej zdaniem może też odpowiadać za wysoki poziom androgenów i przyczyniać się do zaburzeń zachowania u dzieci autystycznych.
W.G.: Tiomersalu nie ma już w szczepionkach wirusowych. Jeśli przypatrzeć się licznym cytatom prac prof. Majewskiej, okaże się, że większość z nich kategorycznie zaprzecza jej twierdzeniom.
Ciągle zbyt mało wiemy na temat autyzmu i jego przyczyn, by stawiać takie tezy. Najnowsza naukowa teoria wiąże go np. z jednym z aminokwasów, glutaminianem. Nie ma to więc nic wspólnego ze szczepionką.
MT: Prof. Majewska podaje także dowody pośrednie: korelacje liczbowe pokazujące, jak epidemia autyzmu podąża w ślad za rosnącą liczbą szczepień. Czy w Polsce istnieje korelacja między wzrostem liczby szczepień a autyzmem? Jak to wygląda w świetle rejestru działań niepożądanych?
W.G.: Nie mogę powiedzieć, że monitorowanie jest satysfakcjonujące. Jeśli lekarz się spieszy, zaniedba wywiad i badania przed szczepieniem, nie zgłosi niepożądanego odczynu poszczepiennego (NOP) inspektorowi sanitarnemu, do czego zobowiązuje go ustawa. W tej sytuacji jest tak, jakby sam siebie oskarżał. To prowadzi do zaniżenia statystyk.
Lekarz jest tu kluczowy, bo może wystąpić koincydencja zjawisk w tym samym czasie. Z jednej strony działania niepożądane związane ze szczepionką, a z drugiej dolegliwości bez związku ze szczepieniem, np. wywołanymi alergenami czy patogenami. Rodzice nie są obiektywni, mogą różnie interpretować.
To właśnie dotyczy autyzmu. Diagnozuje się go między 1. a 3. r.ż., natomiast w 13. miesiącu szczepi się MMR, więc wytwarza się asocjacja MMR-autyzm.
MT: Może należy przypominać o wadze szczepień i konieczności zgłaszania?
W.G.: Apelujemy i informujemy bez przerwy. Co jeszcze można zrobić? Czasem mamy wykryte przypadki odry, choć niezgłoszone. Pytamy lekarzy, dlaczego nie zgłosiliście. Ale wiemy, że każdego przypadku i tak nie wyłapiemy.
Jest tyko jedno skuteczne rozwiązanie: całkowicie pozbyć się choroby. Wtedy niedoskonałości przestaną mieć znaczenie.
MT: Czy osoby, które się nie szczepią, liczą na to, że w zaszczepionym społeczeństwie nigdy nie zetkną się z wirusem?
W.G.: Jest znacznie gorzej. Przeciwnicy szczepień nie tylko nie szczepią własnych dzieci, ale także głośno krzyczą, by inni także się nie zaszczepili.
We Wrocławiu dwa lata temu zachorowała lekarka badająca romskie dzieci. Nie była zaszczepiona, ale wierzyła, że odry już nie ma, więc się nią nie zarazi. Na to samo liczą rodzice dzieci.
MT: Lekarka postawiła sobie prawidłową diagnozę?
W.G.: Tak, zorientowała się od razu. Jednak większość lekarzy na oczy nie widziała odry. I to jest problem. Jako odrę w 40 proc. klasyfikowano różyczkę, a tylko w 10 proc. podejrzenie odry uzyskiwało potwierdzenie.
MT: Wiele osób krytykuje przymus szczepień jako komunistyczny, totalitarny nakaz. Mówi o wolności wyboru.
W.G.: Wojny uczy się systemami nakazowymi, a rozwój osiąga systemami demokratycznymi. My jesteśmy w stanie wojny z patogenami, a nie pokoju. Dyskusja o wolności to temat zastępczy, to nie leczy.
MT: W wielu państwach jednak nie ma nakazu.
W.G.: Jest przymus, ale mechanizmy tego przymusu są różne. W krajach o rozwiniętym systemie ubezpieczeń prywatnych w ubezpieczeniu jest klauzula, że koszty leczenia w przypadku nieposłuchania się lekarza ponosi pacjent.
MT: A dlaczego wciąż się stosuje szczepionki żywe, z których świat się wycofał?
W.G.: Bo zabite wirusy polio nie namnażają się w jelitach. Wprawdzie nie są szkodliwe dla pacjenta, ale są wystarczająco silne, aby zarażać osoby wrażliwe. Kiedy podamy szczepionkę żywą, chory jest w pełni zabezpieczony, gdyż uzyskuje odporność w miejscu wnikania wirusa i tym samym po kontakcie z „dzikim” wirusem nie wydziela go do środowiska. Poza tym obecnie świat wraca do szczepionek żywych. Uczynił tak Izrael po wykryciu dzikiego wirusa w ściekach. Okazało się, że wirus wydalany z organizmu jest obecny w ściekach, przez co nie można się go definitywnie pozbyć. Podobnie uczyniła Szwajcaria.
MT: Jeśli rząd jest za szczepieniami, czemu ich nie promuje?
W.G.: Minister nie będzie się narażał na oskarżenia, że sprzedał się koncernom farmaceutycznym. Poza tym korzyść ze szczepienia jest rozciągnięta w czasie, komuś, kto je zaleca i finansuje, nie daje zysku politycznego.
Jestem przekonany, że gdyby za szczepionki trzeba było płacić, ludzie by w nie uwierzyli i ich pożądali.
Następny artykuł: